Boubacar Dialiba z Cracovii: Miałem wystarczający talent, by trafić do klubu na poziomie Sevilli

Justyna Krupa/Gazeta Krakowska
Boubacar Diabang Dialiba
Boubacar Diabang Dialiba Andrzej Banaś/Polskapresse
Udostępnij:
- Krótko po transferze do Hiszpanii doznałem bardzo poważnej kontuzji stawu skokowego prawej nogi, która pozbawiła mnie dużej części mojego potencjału. Aż do teraz odczuwam jej skutki - mówi Boubacar Dialiba, nowy zawodnik Cracovii.

Tomasz Zając: Rutyna z młodzieżą to dobre połączenie dla Wisły

Od lat tuła się Pan po Europie. Nie tęskni Pan czasem za rodzinnym Dakarem?
Dakar to ogromne miasto, przypominające miasta europejskie. Nie przepadam jednak za nim. Kiedy wracam na wakacje do Senegalu, wolę jechać na południe kraju, nad ocean. Moja rodzina się tam przeniosła, bo przyjemniej się tam żyje, niż w stolicy. Wraz z przyjaciółmi możemy tam łowić ryby, pływać łódką. Uwielbiam to. Gdybym nie był piłkarzem, na pewno zostałbym rybakiem. Chociaż, gdy byłem dzieckiem, to cieszyło mnie, że w Dakarze można było obserwować słynny rajd samochodowy. Przyjeżdżali kierowcy z Europy, ekscytowaliśmy się tym wielkim wydarzeniem. W tamtych czasach wiedziałem o Europie tylko tyle, że jest bardzo daleko. Myślałem sobie: pewnie miesiąc trzeba tam jechać takim autem.

Aż w końcu trafił Pan do tej dalekiej Europy. Tylko dlaczego akurat do zniszczonego wojną Sarajewa?
W pierwszym odruchu myślałem o wyjeździe do Hiszpanii. Pojawił się jeden agent stamtąd, który chciał mi znaleźć klub. Nie byłem jednak w stanie dostać wizy. Okazało się, że ten agent ma jakiegoś kumpla Bośniaka. Stąd wziął się pomysł z wyjazdem do Sarajewa. Tylko że nawet nie wiedziałem gdzie to jest. Moja matka też nie chciała zaakceptować tego pomysłu. Jednak ojciec stwierdził: Jesteś już mężczyzną, leć tam. No więc poleciałem. Ale gdy trafiłem na miejsce, to natychmiast chciałem wracać.

Dlaczego?
Był styczeń, bardzo zimno. Wcześniej śnieg widziałem tylko w filmach. Poza tym nie byłem w stanie z nikim się dogadać. Początkowy okres mojego pobytu w Bośni to był naprawdę trudny czas. Później rzeczywiście ludzie kochali mnie nawet bardziej niż w Senegalu. Ochrzcili mnie "senegalskim Samuelem Eto'o". Traktowali mnie serdecznie, jakbym był Bośniakiem. Ale kiedy przyjechałem tam po raz pierwszy, nie wiedziałem nic o tym kraju. Przybyłem do Sarajewa krótko po wojnie. Wszędzie były ślady działań zbrojnych, budynki zniszczone, podziurawione. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Byłem w szoku. Było bolesne zobaczyć to miasto w takim stanie. Spotykałem ludzi, którzy stracili wszystko. Może ktoś myśli, że skoro jestem z Afryki, to nie powinno mnie to tak dziwić. Ale w miejscu, skąd pochodzę, nigdy nie widziałem wojny ani takich zniszczeń. To, że takie rzeczy zdarzają się też w Europie, było dla mnie wielkim zaskoczeniem. W telewizji w Afryce pokazują przecież tylko piękne obrazki z Europy.

Ponoć był Pan pierwszym afrykańskim piłkarzem w bośniackiej ekstraklasie.
Tym bardziej więc czułem się osamotniony. W końcu poszedłem jednak do szkoły językowej, by nauczyć się podstaw bośniackiego. Po upływie około roku, gdy opanowałem trochę język i zacząłem występować w pierwszej drużynie, moja sytuacja stała się znacznie lepsza. Wcześniej bowiem, wraz z Semirem Stiliciem, grałem w drużynie młodzieżowej Żeljeznicara. Prawdziwym jednak momentem przełomowym było poznanie pewnej bośniackiej rodziny, która się mną zaopiekowała, jak własnym synem. Dzięki nim wreszcie mogłem przestać się martwić i zająć się tylko futbolem.

Jak to się stało?
To było podczas wakacji. Nie mogłem wyjechać na wakacje do Senegalu, bo nie dostałbym wizy i nie mógłbym wrócić. Trenowałem więc samotnie w parku. Wtedy właśnie ten Bośniak mnie napotkał. Zwierzyłem mu się, że już dłużej tego nie wytrzymam i chyba wrócę do ojczyzny. On wysłuchał mnie i postanowił mi pomóc. Pomógł mi w otrzymaniu bośniackiego obywatelstwa. Niebawem jego żona też zaczęła traktować mnie jak syna, stałem się członkiem rodziny. Wszystko stało się łatwiejsze. Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobili.

W końcu udało się Panu nawet wystąpić w bośniackiej kadrze U-21. Dlaczego potem Pana reprezentacyjna kariera się nie rozwinęła?
Chciałem grać dłużej dla Bośni. W końcu poczułem, że ten kraj jest moją drugą ojczyzną. Moja rodzina w Senegalu pragnęła jednak, bym grał dla tamtejszej reprezentacji. Przekonywałem ich, że bośniaccy kibice mnie lubią i chcą w kadrze, a to najważniejsze. Wtedy jednak nastąpił trudny moment w mojej karierze. Przeniosłem się do Realu Murcia w drugiej lidze hiszpańskiej, a krótko potem doznałem bardzo poważnej kontuzji stawu skokowego prawej nogi, która pozbawiła mnie dużej części mojego potencjału. Aż do teraz odczuwam jej skutki. Nie "czuję" jej tak, jak kiedyś. Tuż po kontuzji myślałem nawet o tym, by skończyć z futbolem. Przedtem myślałem, że będę grał kiedyś w wielkim klubie, nie takim może jak Real Madryt, ale np. w FC Sevilla. Miałem wystarczający talent. Ale po tym złamaniu nogi w kostce moja kariera przystopowała. I w związku z tym upadły też plany gry w kadrze Bośni. Mój poziom gry po kontuzji na to nie pozwalał. Potem zagrałem w końcu w kadrze Senegalu, ale tylko w meczu towarzyskim. Do końca nie byłem przekonany do tego, wciąż czułem się związany z Bośnią.

Pana kariera mogła się potoczyć zupełnie inaczej. Gdy był Pan gwiazdą Żeljeznicara, prasa rozpisywała się o zainteresowaniu ze strony znanego klubu z Holandii, który miał ponoć za Pana oferować najwyższe pieniądze w historii bośniackiej ligi. Były też plotki o Hajduku Split czy Dinamie Zagrzeb.
Rzeczywiście, były plany, że odejdę do Holandii - do Feyenoordu Rotterdam. Ale ostatecznie nie podpisaliśmy umowy. W pewnym momencie mój agent oświadczył: Zmieniamy kierunek, może jednak Hiszpania. Wybraliśmy Murcię, bo tam chcieli mnie od razu. A Feyenoord chciał mnie kupić, ale potem wypożyczyć jeszcze na pół roku do Żeljeznicara. Nieoficjalny debiut w Realu Murcia zaliczyłem w towarzyskim meczu z Ajaksem Amsterdam, w którym wówczas grali Luis Suarez czy Klaas-Jan Huntelaar. Trochę się nawet bałem, ale Javier Clemente, nasz ówczesny trener, dodał mi pewności siebie. W efekcie zdobyłem bramkę i zaliczyłem asystę. Wszystko zaczynało się dobrze układać, a potem ta kontuzja…

Nie zawojował Pan Hiszpanii, więc przeniósł się Pan do Belgii.
Belgia to dobry kraj do piłkarskiego rozwoju, zwłaszcza dla młodych graczy. Poza tym, na mecze wyjazdowe jedzie się tam może godzinę, bo odległości są niewielkie. Nie spędza się całego dnia w podróży. Uznałem jednak, że pięć sezonów w Belgii wystarczy, chciałem spróbować sił w nowym otoczeniu. Kiedy mówiłem kolegom w Belgii, że przenoszę się do polskiego klubu, pytali: A co ty będziesz robił w Polsce?! Mówili: To nie jest dobry kraj i liga dla ciebie, może lepiej spróbuj gdzieś indziej. Ostrzegali mnie, ale ja stwierdziłem: Pozwólcie, że sam zdecyduję.

Ma Pan nadal jakiś kontakt z Semirem Stiliciem?
Jasne, kilka dni temu jedliśmy razem obiad w Krakowie. Dobrze jest mieć przyjaciela z Bośni tutaj.

Gazeta Krakowska

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Gol 24
Dodaj ogłoszenie