Historia piłki nożnej w Krakowie

Historia piłki nożnej w Krakowie

Andrzej Kozioł / projo/własne

Gol24

Gol24

Wielkie boisko
W Krakowie wszystko zaczęło się więc w Parku Jordana, a więc na Błoniach, bo przecież park ten wykrojono z Wielkiej Łąki

Więc na Błonia spiesz, o polska młodzieży, Ucz się kopać pilnie, tam gdzie należy...
Boy - "Kuplet footbalisty"
Jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku Błonia były wielkim piłkarskim boiskiem. Więcej - były wieloma piłkarskimi boiskami, bo niekiedy jednocześnie rozgrywano na nich kilkadziesiąt spotkań.
Oczywiście jak najbardziej amatorskich, jak najbardziej prywatnych. Ot, po lekcjach (czyli, jak się na Zwierzyńcu mówiło, "po budzie") chłopcy z pobliskiej 31 Szkoły Podstawowej im. Jordana wrzaskliwą gromadą przebiegali kawałeczek ulicy Słonecznej, dzisiaj zwanej Prusa, aby grać w piłkę, a mówiąc po zwierzyniecku - "rżnąć w gałę". Bramkę wyznaczały złożone w stosy tornistry i kurtki.

Grali jednak nie tylko uczniowie podstawówki, nie tylko licealiści, dumni z tego, że uczęszczają do "Piątki", "Nowodworka" lub "Sobka", ale także dorośli. Trzydziesto- może nawet czterdziestolatki, a więc dla nas, smarkaczy, ludzie niewyobrażalnie starzy. Oni też starannie układali na trawie złożone w kostkę marynarki, udające słupki bramki, oni też pokrzykiwali z zapałem i kłócili się namiętnie - był faul czy go nie było. I starcy, i młodzi grali według reguł obowiązujących na Błoniach - trzy kornery nieuchronnie kończyły się karnym.

I staruszkowie, i my, wszyscy czerpaliśmy dumę ze świadomości, że właśnie tutaj, na Błoniach, narodziła się polska piłka nożna. No, może w tym samym mniej więcej czasie zaczynali we Lwowie, ale kto by tam wchodził w takie detale. A jeżeli już wchodzimy w szczegóły, to odwołajmy się do historyka futbolu Janusza Kukulskiego, który w książce "Pierwsze mecze, pierwsze bramki..." stwierdził, że pierwszy mecz piłki nożnej rozegrano w Parku Jordana, na przełomie sierpnia i września 1891 roku, kiedy to - jak pisała ówczesna prasa - podczas zamknięcia sezonu gier i zabaw starsi uczniowie grali w piłkę nożną przeciwko chórowi rzemieślniczemu. Jak dotąd jest to najdawniejsza informacja źródłowa o meczu piłki nożnej na ziemiach polskich - skonkludował Kukulski rozstrzelonym drukiem.

WKrakowie wszystko zaczęło się więc w Parku Jordana, a więc na Błoniach, bo przecież park ten wykrojono z Wielkiej Łąki. Profesor Jordan wieczorkiem, około szóstej, przyjeżdżał, oczywiście fiakrem, wraz z żoną, do swojego parku, aby obejrzeć młodzież oddającą się sportowym ćwiczeniom. Szczególnie długo zatrzymywał się przy boisku numer osiem - piłkarskim. Pożal się Boże, jakie to było boisko!

Boisko (...) - wspominał Józef Lustgarten - było o około połowy mniejsze od normalnego, a przy tym było owalne. Na obu końcach dłuższej przekątni ustawione były drewniane bramki o wymiarach ok. 3 (wys.) x 2,5 (szer.).

Nie tylko boisko prezentowało się dziwnie. Także to, czym grano - a więc piłka. Piłek właściwie u nas podówczas nie wyrabiano - pisał Lustgarten. - To, czym posługiwano się w parku, było efektem nieudolnych prób krakowskich rzemieślników, nie mających - bo i skąd - pojęcia o rozmiarach i wadze piłki. Toteż przypominam sobie, że gdy byłem w trzeciej klasie gimnazjalnej, od której w program zabaw wchodziła piłka nożna, zastęp nasz otrzymał piłkę, która sięgała mi do kolan. Fotoreporter warszawskiego tygodnika "Świat" uwiecznił moment gry tą piłką na zdjęciu ilustrującym felieton o parku Jordana.

Zresztą długo jeszcze grano czym popadnie. Władysław Krygowski, który podczas I wojny stracił, zgubił, prawdziwą futbolową piłkę, a nowej nie mogła mu kupić ani matka, ani tym bardziej wysłany na front ojciec, tak wspominał piłkarskie perypetie ze sprzętem... niedawno miałem prawdziwą piłkem, a tu trzeba było zaczynać od szmacianki, której nazwy nie trzeba tłumaczyć. Graliśmy też nadymanym powietrzem pęcherzem. Pokonując wstręt, właśnie ja nadymałem ów śmierdzący pęcherz, który niestety miał krótki zawsze żywot. Piłka z pęcherza była oczywiście lekka i bardzo szybko pękała. Graliśmy pożyczanymi, bo wśród chłopaków na Błoniach też istniały warstwy społeczne, biedni i bogaci. Grało się też z nieznajomymi, "podając" grzecznościowo piłkę i wyczekując cierpliwie za bramką, aż zaproszą do gry. Gdy w "duszy" zrobiła się dziurka, zalepiał się klejem, który w języku powszechnie używanym na Błoniach nazywał się dziwnie "gumilejzum", co pochodziło z niemieckiego Gummilösung. Taka też była piłka nożna, uprawiana w szkole nazywanej wtedy ludową lub normalną i w pierwszych latach gimnzjalnych.

Równie dziwnie - przynajmniej według współczesnych kryteriów - prezentował się też strój piłkarzy z początku XX wieku: O ubraniu i obuwiu sportowym nikt nie myślał. W najbardziej upalne dni grało się w pełnym mundurku uczniowskim, wzorowanym na bluzie oficerskiej austriackiej, ze stojącym sztywnym kołnierzem. Dochodziły do tego przepisowe, zaprasowane, długie spodnie, codzienne trzewiki, a niekiedy nawet (u elegantów) lakierki. O bieliźnie nie wspominam, chyba tylko to, że do normalnego umundurowania należał biały sztywny kołnierzyk, tzw. halsbinda, czyli kauczukowy kołnierz z czarną wstążką na przodzie. Czapki również nie zdejmowano, gry głową nie uznawano, zaś tłok na boisku był tak wielki, że o żadnych taktycznych "kombinacjach" nie było mowy - wspominał Lustgarten.

Wrócmy do Parku Jordana. Nowe boisko - numer dwanaście - na jego terenie powstało w 1906, aby 4 czerwca tego roku można było rozegrać mecz z lwowskimi drużynami. Było to - jak pisał Kukulski - jedyne w parku boisko trawiaste i dlatego właśnie, mimo że powierzchniowo największe, unikane przez piłkarzy! Na owalnym terenie zdołano wytyczyć plac gry o rozmiarach 60 na 35 m; zarysy tego placu, położonego w południowo-wschodnim krańcu parku (od południa granicę boiska tworzyła płynąca za ogrodzeniem Rudawa, od wschodu tereny ck fortyfikacje, od zachodniej części parku oddzielał je szpaler młodych drzew i krzewów), są do dziś (książka Janusza Kukulskiego ukazała się w 1988 roku - AK) bardzo dobrze zachowane.

Zapewne - a raczej z pewnością - na Błoniach odbyło się pierwsze na polskich ziemiach międzykontynentalne piłkarskie spotkanie, mecz Kraków - USA, wygrany przez nas 1-0.

Latem 1906 roku w Krakowie pojawił się - i oczywiście swe namioty rozbił na Błoniach - przesławny cyrk Phineasa Taylora Barnuma. W wolnych chwilach cyrkowcy zabawiali się kopaniem piłki. Jak pisał Ferdynand Goetel: Za namiotem, na boisku równo wytyczonym i ogrodzonym linią artyści ćwiczyli do jednej bramki... Wyzwaliśmy klub cyrkowców w łamanej niemczyźnie w osobie kapitana, który wyzwanie przyjął (...). Spotkanie odbyło się w niedzielę 5 sierpnia o godz. 9.30. Ku entuzjazmowi tłumów odnieśliśmy zwycięstwo różnicą jednej bramki(...). Waro wspomnieć, że kasjer obdarzył nas przy tym całą paczką bezpłatnych biletów do cyrku.

Triumf odnotowała krakowska prasa, w "Głosie Narodu" można było przeczytać: Mimo ulewnego deszczu, jaki spadł w chwili rozpoczęcia gry, co niezwykle utrudniało grę tak jednej, jak i drugiej stronie - krakowska drużyna zwyciężyła dzięki wielkiej wprawie w wybijaniu piłki przeciwnikom spod nóg.

Futbol stawał się w Krakowie coraz bardziej popularny, chociaż jednocześnie jako nowomodny wymysł spotykał się ze zdecydowaną niechęcią co bardziej konserwatywnych mieszkańców miasta, jednak przede wszystkim kusił i drażnił egzotyką nowości. "Cracovia" z czasem trafiła nawet do Boyowskiej szopki, a raczej trafiła do niego piłka nożna, już wtedy budzącą ogromne emocje. Oto jak nową ciągle sportową dyscyplinę w "Kuplecie footbalisty" opisał Tadeusz Boy-Żeleński:

Przyjechali do Krakowa piłkarze,

By nogami strzelać sobie we twarze:

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Z "Cracovią" zaczyna.

A.B.C.D.E.F.G.H. junior K.,

M.N.O.P.R.S.T.U. jeden, dwa:

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużna,

Mecz się zaczyna.

Wielkie tłumy cisną się na boisko,

Wziął przy kasie jeden z drugim po pysku:

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Ten i ów przeklina...

Już w powietrzu leci piłka wysoko,

Prawy ł ą c z n i k już podbite ma oko:

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Ładnie się zaczyna.

Już z n a p a d u dwóch zaryło nos w błocie,

Już zrobiono cztery dziury we płocie:

"Keczkemet z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Celu już dopina.

Już Vykoukal nakazuje k a r n y rzut

Za sportowe pokopanie pary ud:

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Ważna to przyczyna!

T y l n y n a p a d strzelił w zęby bramkarza,

Piłka w zębach bramkę sobie wyważa:

"Keczkemet" z Debreczyna

"Atletikai" drużyna,

To im nie nowina!

Leci piłka między gości, robi a u t,

Jezus Maria! Herrgot! Psiakrew! Dieu! Gewałt!

"Keczkemer" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Matka drży o syna.

A.B.C.D.E.F.G.H, junior K.,

Zwyciężyli dziś w stosunku sto do dwa

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Piękna to godzina.

Tak narody dwa okryły się chwałą,

A przynajmniej w rannym "Czasie" tak stało:

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

To gra fair, to mina.

Więc na Błonia spiesz, o polska młodzieży,

Ucz się kopać pilnie, tam gdzie należy:

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Ojciec rzekł do syna.

Dziś Sobieski, miast na Turkach tępić miecz,

Pojechałby do Stambułu kopać mecz:

"Keczkemet" z Debreczyna,

"Atletikai" drużyna,

Rewanż się zaczyna...

Jak widać, Boy najwyraźniej bawił się słowami związanymi z piłką nożną. Konserwatywny Kraków długo oswajał się ze sportową nowością, a jej tajniki najszybciej chyba pojęli - i pokochali! - mieszkańcy okolic Błoń, zwierzynieckie andry. Andrzej Pronaszko tak pisał o socjecie początkowo niechętnie przychodzącej na Błonia:

W Krakowie każda "nowość", każda "nowinka", zanim się przyjmie, musi się dobrze odleżeć. Z tego powodu takie słowa, jak "mecz", "futbal" - budziły na początku raczej odrazę niż ciekawość. Początkowo tylko nieliczna publiczność schodziła z miasta na Błonia, aby obejrzeć tajemniczą imprezę sportową na własne oczy. Ci ciekawsi (i bardziej intelektualnie rozwinięci) zajrzeli przedtem do słownika: Match (czytaj mecz) - zawody; Football (czytaj: futbal) - piłka nożna. W porządku. Idziemy zobaczyć, jak to wygląda!...

Znalazłszy się na Błoniach, publiczność oglądała ze zdziwieniem duży prostokąt łąki, ogrodzony niskimi słupkami, które łaczyła ze sobą przeciągnięta przez nie linka konopna. Na dwóch krótszych bokach prostokąta widniały "bramki", zbite z kwadratowych palików - puste, nie osłonięte od tyłu żadną siatką. Na jednym z dłuższych boków, tyłem do zachodzącego słońca, a więc i do kopca Kościuszki, zadziwiał przybyłych rząd krzesełek ogrodowych, zielono malowanych, przeznaczonych - jak na miejscu informowano - dla "lepszych" czy "cenniejszych" gości. Krzesełka stały wprost na trawie, na tym samym poziomie co boisko, tuż przy ogrodzeniu ze słupków. Po drugiej stronie boiska, przeciwległej krzesłom, nic nie stało. Tam, podczas meczu dopiero miała stanąć publiczność, ta "tańsza" - dwudziestohalerzowa.

"Męty" i "szumowiny społeczne" (owi bezpłatni) każdą z bramek otaczali od tyłu. Ale myliłby się, kto by sądził, że przygladali się oni zawodom całkiem za darmo. Oni to właśnie, owe "andry" krakowskie, spełniali rolę siatek w bramkach oraz parkanów, odgradzających późniejsze boiska. Oni to właśnie, po strzale do bramki, ścigali się z piłką, gonili ją, dopadali i następnie walczyli z sobą o prawo wykopania jej z powrotem na boisko. Podczas tych bojów - czas, odgwizdywany przez sędziego, rozwlekał się w nieskończoność, ale nikomu na tym nie zależało. Nikt nie patrzył na zegarek, gdyż każdy przyszedł na Błonia już po fajerancie. (...)

Ludzie się dziwowali, albo - jeśli któryś z graczy upadł lub dostał nogą w pośladek - trochę się śmiali, ale nikt się grą nie przejmował. Była to, niewątpliwie, okoliczność dla spopularyzowania nowej gałęzi sportu niesprzyjająca.

Piłka nożna budziła oburzenie zacnych krakowskich mieszczuchów, których personifikacją we wspomnieniach Tadeusza Sochy stała się pani Pługowa, w rzeczywistości, jak łatwo się domyślić, matka autora:

O piłce nożnej dochodziły zaledwie pierwsze, niewyraźne słuchy. Podobno akademicy i studenci z wyższych klas (typowo krakowskie rozróżnienie; akademikami zwano studentów, natomiast studenci - to uczniowie szkół średnich - AK) kopali już ukradkiem piłkę, naturalnie w tajemnicy przed rodzicami, a tym bardziej przed szkołą.

- Kto widział piłkę kopać? Piłka jest do rzucania, nie do kopania! Nie dość że się kopaniem niszczy buty, ale jeszcze się można galopujących suchotów nabawić od takiego gonienia piłki - oburzała się pani Pługowa, kiedy Władek po raz pierwszy przyniósł do domu od kolegów szkolnych wiadomość o nowej zabawie. Słowo "sport" nie było jeszcze powszechnie znane, a wszystko co miało związek z ćwiczeniami fizycznymi, nazywano "zabawą".

Pasioki, wiślacy, lajkoniki
Zmienił się nie tylko stadion "Cracovii", ale także jego najbliższe otoczenie


Do popularności futbolu w Krakowie przyczynili się po trosze także legioniści, a może rzecz się miała odwrotnie; może żołnierze Piłsudskiego ulegli czarowi piłki nożnej, mocno już jednak okrzepłej w konserwatywnym mieście. Tak czy inaczej, grali w nią z pewnością. Janowi Otałędze, naszemu redakcyjnemu koledze, udało się spisać relację liczącego ponad dziewięćdziesiąt lat majora Stefana Migdała: W legionach trzeba było być sprawnym fizycznie. Musieliśmy wytrzymywać długie marsze, dźwigać wielki ciężar. Składały się na niego: bagnet, 180 naboi, łopatka saperska, koc, części namiotu, konserwy, kawa, mydło, zapasowy ubiór. Nikt by nie uniósł tyle kilometrów, gdyby nie zaprawa. Dlatego sport był bardzo ważny, a legiony nie tylko ćwiczyły gimnastykę, biegi, oczywiście strzelnictwo, ale grały w piłkę! Pamiętam mecz, jaki legioniści rozegrali między sobą w ramach zajęć w okolicach Tyńca. Szczególnie to spotkanie utkwiło mi w pamięci, bo do kopiących piłkę zbliżył się sam Józef Piłsudski. Zrazu gracze nie zorientowali się, że to osobiście komendant ich ogląda, bo tego dnia zgolił wąsy. Jakiś czas się im przypatrywał, zapytał, kto gra i odszedł.

Dodajmy, że Komendant - raczej bardziej zapalony szachista niż miłośnik piłki - przynajmniej w pewnej mierze ulegał futbolowemu szaleństwu. Podobno - jak twierdził generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski - Józef Piłsudski osobiście raczył sędziować legionowe mecze. Wiadomo też, że przynajmniej dwukrotnie, oczywiście już jako widz, odwiedził stadion "Cracovii". W 1921 roku oglądał pasiaków grających z warszawską "Polonią", rok później z budapeszteńskim "Vasasem".

Jednak nie "Cracovia" - najsłynniejszy krakowski klub, na Zwierzyńcu pieszczotliwie zwany "pasiokami" - zbudowała na Błoniach pierwszy stały stadion. W 1910 roku zrobili to bracia sokoli - dla uczczenia 500-lecia zwycięstwa pod Grunwaldem, gwoli upamiętnienia odsłonięcia grunwaldzkiego pomnika na placu Matejki i aby przeprowadzić popisy gimnastyczne z okazji wszechsłowiańskiego sokolskiego zjazdu. Oddajmy głos Stanisławowi Broniewskiemu: Prócz pomnika dłuta Wiwulskiego uroczystościom grunwaldzkim zawdzięczało miasto pierwszy stadion sportowy, zaprojektowany przez druha sokolego J. Perosia. Stadion ten, solidnie z drewna wybudowany na Błoniach nieco powyżej wejścia do parku Jordana, w formie prostokąta 218 x 180 m, mógł pomieścić ponad 20 tysięcy widzów i zawierał 10 tysięcy miejsc siedzących. Na boisku o 15 tysięcy m2 ćwiczyło jednocześnie trzy tysiące Sokołów w białych koszulkach, długich spodniach z ciemnego trykotu, oczywiście z głowami nakrytymi ciemnymi toczkami z sokolim piórem. Druhny - Sokolice tym bardziej nie mogły występować z odkrytą głową, uprawiały więc gimnastykę w beretach ze sztywnym rondkiem, w wysokich czarnych trzewikach sznurowanych, sukniach z marynarskim kołnierzem i bufiastymi rękawami aż pod nadgarstek. Ogromny postęp stanowiła zredukowana długość spódniczki, sięgającej zaledwie do połowy łydki.

Na grunwaldzkim stadionie rozgrywano także spotkania piłkarskie, jednak przede wszystkim grano na Błoniach, od wielkiego dzwonu - na terenie torów wyścigów konnych. Wreszcie w 1912 roku "Cracovia" dochrapała się własnego stadionu, na którym pierwszy mecz, z lwowską "Pogonią" rozegrała 31 marca. Budowa nie byłaby możliwa bez społecznej ofiarności (zebrano 8 200 koron, całość kosztowała 20 tysięcy) i życzliwości sióstr norbertanek, które udostępniły klubowi część łąk zwierzynieckich. Jednocześnie obok powstało drugie boisko, treningowe.

Stadion "Cracovii", chociaż w mocno zmienionym kształcie, przetrwał do dziś. Na początku lat sześćdziesiątych XX wieku spłonęła drewniana trybuna, na której po raz pierwszy w życiu widziałem prawdziwy, ligowy mecz. Jakże inaczej prezentowała się wówczas meczowa publiczność! Owszem, trafiali się fanatyczni kibice, ale nie było kibiców chamskich. Na drewnianych ławkach, obok zwierzynieckich kindrów, wystrojonych w gangi, czyli garnitury (nie godziło się inaczej, jeżeli akurat była niedziela), zasiadali luminarze krakowskiej kultury. I bywało, że ktoś z charakterystycznym tubylczym zaśpiewem pytał profesora Wykę: "Napije się pan, panie prefesorze?". "Ty się nie pytaj, ty lej" - odpowiadał Wyka i do literatki lała się wódeczka. Najczęściej gatunkowa - cytrynówka, porterówka, żołądkowa gorzka. Popijano, ale to popijanie nie przekładało się na chamstwo; do najbardziej obraźliwych okrzyków należało słynne hasło "Sędzia kalosz".

Zmienił się nie tylko stadion "Cracovii", ale także jego najbliższe otoczenie: zniknęły korty tenisowe, na których działało letnie kino (do dzisiaj pamiętam chłopca biegnącego w "Jeźdźcu znikąd" za szlachetnym rewolwerowcem i krzyczącego przez łzy "Im sorry!"), zniknęło coś w rodzaju wesołego miasteczka, gdzie do zawrotów głowy, do mdłości, można była huśtać się w blaszanych łódkach. Nawiasem mówiąc, wesołe miasteczko obok dzisiejszego boiska piłkarskiego "Cracovii" mogło poszczycić się starą tradycją. Władysław Krygowski wspominał, że pojawiało się w tym miejscu także na początku ubiegłego stulecia: Z lewej strony Błoń co pewien czas gospodarzyły karuzele, kolejki, strzelnice i inne jarmarczne rozrywki. Oryginalną zabawą był zjazd na rolkach po stalowych linach, przy czym jadący wyciągniętymi rękami trzymał się uchwytu z rolkami i tak zsuwał się w dół dobrych kilkadziesiąt metrów, zatrzymując się na ściance opatrzonej materacem, od której odbijał się stopami dla zmniejszenia siły uderzenia. Nie było to zbyt bezpieczne, lecz cieszyło się dużą popularnością. Później zakazano tej ryzykownej zabawy.

Najbliższe otoczenie "Cracovii" zmieniło się, jednak sam stadion przez ponad dziewięćdziesiąt lat przetrwał w jednym miejscu. Nie przetrwał natomiast pierwszy ze stadionów "Wisły", usytuowany na Oleandrach, mniej więcej w okolicach Biblioteki Jagiellońskiej i Akademii Rolniczej. Zbudowany na terenach po wystawie Architektury i Wnętrz w Otoczeniu Ogrodowym, został oddany do użytku tuż przed wybuchem I wojny - 6 kwietnia 1914 roku. Niestety, wojna - a ściślej mówiąc, stacjonujące na terenie stadionu wojsko - doprowadziła do jego dewastacji, a dzieła zniszczenia dopełnił pożar.

Nowego stadionu dorobili się "wiślacy" już w odrodzonej Polsce, w roku 1922. Boisko znajdowało się tuż za parkiem Jordana i ciągnęło równolegle do alei 3 Maja, czyli, podobnie jak stadion "Cracovii", wzdłuż linii wschód - zachód, co znawcy futbolu uważają za fatalne usytuowania. W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia powstało nowe boisko, założone tuż za starym, ale na linii północ - południe i tam do dzisiaj "Wisła" rozgrywa swoje mecze.

Najmłodsi krakowianie nie pamiętają już, że niegdyś wzdłuż alei 3 Maja, pomiędzy nowym stadionem "Wisły" a Cichym Kącikiem, ciągnęły się baseny kąpielowe - szczególnie ulubione przez krakowską młodzież miejsce letnich spotkań, rewia kostiumów kąpielowych, arena pływackich zmagań. Zbudowane zostały tuż przed wojną i w zasadzie przetrwały do dzisiaj, ale od wielu, wielu lat nikt się w nich nie kąpał. Pozostały tylko we wspomnieniach, między innymi Henryka Voglera, który tak pisał w "Autoportrecie z pamięci". ...wybrałem się na stadion pływacki, mieszczący się na końcu Błoń przy Cichym Kąciku. Stadion ów w pierwszych latach po powrocie z obozu pełnił dla mnie rolę podobną do tej, jaką w latach młodzieńczych spełniała nie istniejąca już pływalnia w parku Krakowskim. Nawiasem mówiąc, wspomniany stadion, stanowiący część składową kompleksu miejskich obiektów sportowych, miał oddzielne miejsce w moich wspomnieniach z lat przedwojennych. Mogłem się bowiem chlubić - oczywiście z pewną przesadą - tym, że jestem ni mniej, ni więcej tylko jednym z jego budowniczych. Mianowicie na wiosnę 1938 roku młodzi mężczyźni, zwolnieni - jako posiadacze kategorii "C" - od obowiązku służby wojskowej, wzywani byli do rozmaitego rodzaju robót publicznych. Była to tak zwana zastępcza służba wojskowa, trwająca tydzień lub może dziesięć dni. Mnie skierowano w tym charakterze do prac ziemnych przy budowie powstającej wówczas wymienionej inwestycji.

O jeszcze jednym obiekcie sportowym, tym razem stadionie piłkarskim, przy Błoniach prawie nikt już nie pamięta - o boisku "Jutrzenki", mówiąc zaś dokładniej, Żydowskiego Towarzystwa Sportowego "Jutrzenka". Co najdziwniejsze, większa niepamięć zdaje się panować w Izraelu niż w Polsce. Telawiwscy krakowianie raczej pamiętają o "Makkabi", klubie świetnie usytuowanym - pomiędzy Wawelem a Skałką. Na szczęście o "Jutrzence" nie zapomniał Janusz Kululski, wspominając o niej w swej książce poświęconej początkom piłki nożnej w Krakowie: Była członkiem założycielem Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej (15 lutego 1920 r.), w r. 1927 występowała nawet w nowo utworzonej Lidze PZPN, dysponując własnym stadionem położonym za obecnym boiskiem Wisły. Piłkarze Jutrzenki grali w koszulkach w czarne i białe pionowe pasy oraz czarnych spodenkach.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy powstał klub - może w 1909 roku, może rok lub dwa lata później. Nie wiadomo też, kiedy zbudowano boisko, które dobrze zapamiętał krakowski pisarz Henryk Vogler: "Jutrzenka" była klubem młodzieży zasymilowanej i robotniczej, "Makkabi" - syjonistycznej i stąd wzajemna wrogość także na polu sportowym.

Ojciec mój, związany w młodości z ugrupowaniami socjalistycznymi, był jednym z członków zarządu sekcji piłki nożnej "Jutrzenki" i gracze jej gościli często w naszym mieszkaniu przy ulicy Floriańskiej 10 na wystawnych przyjęciach wydawanych przez ojca. (...) Wuj Romek Berwald grał w "Jutrzence" na środku pomocy i zabierał mnie czasem ze sobą na treningi na boisko tej drużyny, mieszczące się przy końcu Błoń, w kącie między korytem Rudawy a Cichym Kącikiem. Błonia - obszerna, zarosła tylko skąpa trawą przestrzeń - były pozostałością po znajdujących się tam kiedyś terenach wyścigów konnych i uchodziły za - jak to określano w prasie - kolebkę piłkarstwa polskiego. Tam również ulokowane były stadiony "Cracovii" i "Wisły".

Boisko znajdowało się w okolicach niby-kibucu, szkoleniowego ośrodka rolniczego dla przyszłych izraelskich chalucim, pionierów. Skoro mieliśmy "Cygańskie Błonia", może tej ich części należy się nazwa "Błonia Żydowskie"? Zresztą i po drugiej stronie Błoń, na piłkarskim boisku "Cracovii", kibice mogli oklaskiwać - i jeszcze jak oklaskiwali! - żydowskich zawodników. "Cracovia" chlubiła się piłkarzami żydowskiego pochodzenia - Sperlingiem, Lustgartenem, Alfusem, Grünbergiem. Stąd napisy pojawiające się do dzisiaj na krakowskich płotach i murach - "Cracovia Żydy". A ponieważ historia lubi ironiczne grymasy, dzisiejsi najbardziej fanatyczni kibice "Cracovii" zdradzają nacjonalistyczne-skinowskie inklinacje. Natomiast "Wisła" uważała się za klub "aryjski". Jak pisał Henryk Vogler: Kiedy w czasie jednego z meczów tej drużyny sędzia Rosenfeld za poważne przewinienie wykluczył z gry znakomitego piłkarza "Wisły" Henryka Reymana (kapitana, później majora, a w końcu podpułkownika Wojsk Polskich) - ten odmówił opuszczenia boiska, oświadczając, że żaden Żyd nie będzie mu rozkazywał. W rezultacie cała "Wisła" zeszła z placu gry i mecz nie został dokończony...

I jeszcze jedno boisko piłkarskie, usytuowane nie przy Błoniach czy na terenie niegdysiejszych Błoń, ale na Wielkiej Łące - malutkie, wtulone w róg tworzony przez al. Focha i Rudawę. Należy do "Zwierzynieckiego", ale na Zwierzyńcu, gdzie uparcie aleję Focha nazywano aleją Focha, nawet wtedy, gdy oficjalnie zwała się ulicą Puszkina, na Zwierzyńcu, gdzie za nazwanie "Cracovii" "Ogniwem" bito w mordę i gdzie do dzisiaj na piwo chodzi się do Dawidsona, na konserwatywnym Zwierzyńcu - ciągle mówi się o boisku "Juvenii".

"Zwierzyniecki", klubik maleńki, tułający się po dzielnicy od lat dwudziestych, miał coś w rodzaju półboiska, podwóreczko przy ulicy Królowej Jadwigi, tuż obok wału Rudawy. Była tam miniaturowa trybunka, był wymalowany na ścianie domu zbiorowy portret drużyny - zawodnikom w pasiastych koszulkach towarzyszył Lajkonik, wyraźna aluzja do nieoficjalnej nazwy klubu, zwanego na Zwierzyńcu "Lajkonikami". Była też bramka - jedna, bo na drugą już nie starczyło miejsca.

"Zwierzyniecki" starał się o boisko "Juvenii", stosując dość osobliwe metody. W 1957 klub wystosował pismo do Miejskiej Rady Narodowej, argumentując w nim, iż boisko należy mu się, bowiem na początku XX wieku zawarta została umową pomiędzy Gminą Zwierzyniec a Krakowem. W umowie tej, podpisanej przez prezydenta Leo, Kraków podjął zobowiązanie, iż będzie starał się zaspokajać publiczne i kulturalne potrzeby Zwierzyńca.

Na wszelki wypadek, gdyby umowa z austriackich czasów nie przemawiała do komunistycznych urzędników, działacze i sportowcy "Zwierzynieckiego" udali się na pierwszomajowy pochód z odpowiednim transparentem: "Robociarze Zwierzyńca proszą o przydzielenie boiska na krakowskich Błoniach".

Nawet jeżeli nie pomógł prezydent sprzed półwiecza, jeżeli nie poskutkował transparent - z całą pewnością przydał się wysoki protektorat. Józef Cyrankiewicz, najdłużej urzędujący premier w dziejach Polski, wychował się na Zwierzyńcu i darzył mały klubik dużą sympatią.

Od 1949 roku - podobnie jak "Cracovia" i "Wisła" - "Zwierzyniecki" nosił nową nazwę, Związkowy Klub Sportowy "Budowlani", która oczywiście nie przyjęła się na Zwierzyńcu. W 1957 "Zwierzyniecki" znów stał się "Zwierzynieckim", ciesząc się podwójnie - z powrotu do tradycyjnego imienia i z prezentu. Boisko Zwierzynieckiego KS położone na krakowskich Błoniach, ogrodzone żywopłotem, stało się przysłowiową "gwiazdką z nieba" - można przeczytać w wydanej w latach siedemdziesiątych "Monografii Zwierzynieckiego Klubu Sportowego".




Wyniki

Herb godpodarza Herb gościa
Brak danych
Więcej

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Lp. Drużyna M. Pkt. Z. R. P. Bramki
Eliminacje Ligi Mistrzów
Eliminacje Ligi Europy
1 Legia Warszawa Live 37 44 21 10 6 70-31
2 Jagiellonia Białystok Live 37 42 21 8 8 64-39
3 Lech Poznań Live 37 42 20 9 8 62-29
4 Lechia Gdańsk Live 37 42 20 8 9 57-37
5 Korona Kielce Live 37 28 14 5 18 47-65
6 Wisła Kraków Live 37 26 14 6 17 54-57
7 Pogoń Szczecin Live 37 25 11 13 13 51-54
8 Bruk-Bet Termalica Nieciecza Live 37 25 13 7 17 35-55
Lp. Drużyna M. Pkt. Z. R. P. Bramki
Spadek do 1. ligi
1 Zagłębie Lubin Live 37 34 14 11 12 51-45
2 Piast Gliwice Live 37 31 12 10 15 45-54
3 Śląsk Wrocław Live 37 29 12 10 15 49-52
4 Wisła Płock Live 37 28 12 11 14 49-57
5 Arka Gdynia Live 37 24 10 9 18 44-60
6 Cracovia Live 37 24 8 15 14 45-52
7 Górnik Łęczna Live 37 22 9 10 18 47-63
8 Ruch Chorzów Live 37 19 10 8 19 42-62
Lp. Drużyna M. Pkt. Z. R. P. Bramki
Awans do grupy mistrzowskiej
Miejsce w grupie spadkowej
Ruch Chorzów został ukarany odjęciem czterech punktów za zaległości finansowe
1 Legia Warszawa Live 37 73 21 10 6 70-31
2 Jagiellonia Białystok Live 37 71 21 8 8 64-39
3 Lech Poznań Live 37 69 20 9 8 62-29
4 Lechia Gdańsk Live 37 68 20 8 9 57-37
5 Zagłębie Lubin Live 37 53 14 11 12 51-45
6 Wisła Kraków Live 37 48 14 6 17 54-57
7 Korona Kielce Live 37 47 14 5 18 47-65
8 Wisła Płock Live 37 47 12 11 14 49-57
9 Pogoń Szczecin Live 37 46 11 13 13 51-54
10 Śląsk Wrocław Live 37 46 12 10 15 49-52
11 Piast Gliwice Live 37 46 12 10 15 45-54
12 Bruk-Bet Termalica Nieciecza Live 37 46 13 7 17 35-55
13 Cracovia Live 37 39 8 15 14 45-52
14 Arka Gdynia Live 37 39 10 9 18 44-60
15 Ruch Chorzów Live 37 38 10 8 19 42-62
16 Górnik Łęczna Live 37 37 9 10 18 47-63

Waszym zdaniem

Kto zostanie mistrzem Polski sezonu 2018/2019?