Jagiellonia Białystok - Lech Poznań, trener Dariusz Żuraw: Nigdy nie powiedziałbym moim zawodnikom, że mają się tylko bronić [WYWIAD]

Dawid Dobrasz
Dawid Dobrasz
Maciej Lehmann
Maciej Lehmann
- Zawodnicy nigdy z moich ust nie usłyszeli, że my mamy się kogoś bać, że jedziemy do Szwecji i mamy grać z kontry. To samo było z kolejnymi przeciwnikami - mówi nam w obszernej rozmowie Dariusz Żuraw.
- Zawodnicy nigdy z moich ust nie usłyszeli, że my mamy się kogoś bać, że jedziemy do Szwecji i mamy grać z kontry. To samo było z kolejnymi przeciwnikami - mówi nam w obszernej rozmowie Dariusz Żuraw. Łukasz Gdak
Z trenerem Lecha Poznań Dariuszem Żurawiem rozmawiamy o jego futbolowych inspiracjach, doświadczeniach, wyzwaniach związanych z Ligą Europy oraz grze na trzech frontach i planach transferowych.

Lubi pan być chwalony?

Dariusz Żuraw: Nie będę zakłamywał rzeczywistości. Każdy lubi, ale nie potrzebuje tego do normalnego funkcjonowania. Po tylu meczach rozegranych jako piłkarz i trener, to jakikolwiek sukces nie jest w stanie uderzyć mi do głowy.

Cała piłkarska Polska chwali teraz Lecha i jego styl gry. Kolejorz zaprezentował go na arenie międzynarodowej i przyniosło to awans do fazy grupowej Ligi Europy. Szkocki "The Sun" nazywa Lecha "czarnym koniem Ligi Europy". To musi budować.

Nie czytam doniesień na temat mój i klubu, ale oczywiście te pozytywne słowa docierają i to jest miłe. Na początku mojej pracy założyliśmy sobie cel i jestem bardzo zadowolony z tego, że konsekwentną pracą dało się coś wypracować. To przynosi efekty, ale jeszcze dużo przed nami. Liczę, że nasza praca opłaci się w długofalowym projekcie i Lech będzie zespołem, który nie tylko będzie grał dobrze w piłkę, ale będzie też coś wygrywał.

To zapytamy o tę konsekwencję. To musi cieszyć, że wiara w konkretny styl gry przyniosła sukces, czyli awans do fazy grupowej Ligi Europy. Może pan teraz śmiało powiedzieć: „a nie mówiłem?”

Nie mam zamiaru popadać w huraoptymizm, bo wiem, jak to w piłce bywa. Nagle mały zwrot sytuacji i z pochwał zrobi się krytyka. Jako trener muszę być na to przygotowany. W poprzednim sezonie poświęciliśmy wiele czasu na szlifowanie poszczególnych aspektów naszej gry. Mam na myśli głównie prace nad schematami w ofensywie, defensywie czy w fazach przejściowych. Mieliśmy trudne momenty, na które potrafiliśmy zareagować. Budujące jest to, że nasza wspólna praca przyniosła efekty. Wierzę, że w dłuższym okresie Lech będzie zespołem mającym swój styl, co przełoży się na to, że będzie zdobywał trofea.

Droga do sukcesu z Lechem była długą i wyboista. Półtora roku temu jechał pan do Gliwic, a kibice życzyli drużynie porażki, żeby Legia nie została mistrzem. Lech był wtedy totalnie rozbity. Jak pan się wtedy czuł? Wierzył pan, że zaplanowana rewolucja się uda?

To był wtedy trudny czas dla klubu i zespołu. Końcówka sezonu 2018/19 była ogromnym doświadczeniem w mojej pracy trenerskiej. Przed spotkaniem w Gliwicach wspólnie ze sztabem przygotowaliśmy projekt – prezentację, jak chciałbym, żeby Lech grał. Było to jeszcze przed oficjalną decyzją, że to ja poprowadzę zespół w następnym sezonie. Proszę zapytać prezesów, czy dyrektora o tę prezentację.

Czytaj też: Djordje Crnomarković: "Sam dopytywałem Piotra Rutkowskiego o transfer do Kolejorza"

Chętnie byśmy przejrzeli.

Ona wciąż jest aktualna. Mogę zapewnić, że wiele rzeczy z niej cały czas rozbudowujemy. Postawiliśmy w niej pewne sprawy i one cały czas są konsekwentnie realizowane.

Skąd u pana w ogóle wzięła się taka chęć prezentowania ofensywnego futbolu? W internecie styl Lecha ma określenie #Zurawball. W Polsce trenerzy boją się tak odważnie grać. Dominuje pragmatyzm, ostrożność, zachowawczość. Podczas kariery piłkarskiej był pan obrońcą.

Zgadza się. Nie ukrywam, że na grę w defensywie też poświęcamy wiele czasu i reagujemy na wydarzenia boiskowe. Natomiast nigdy nie ukrywałem i niejednokrotnie mówiłem, że najbardziej imponuje mi styl autorstwa trenera Ralfa Rangnicka, który prowadził mnie, gdy byłem piłkarzem Hannoveru i w 2001 awansowaliśmy z 2. do 1. Bundesligi. Jego filozofię starałem się wdrażać we wszystkich klubach, w których pracowałem. Nawet wśród dzieci, od których zaczynałem pracę. Tam też stawialiśmy na ofensywę. Podobnie w IV ligowym Wieluniu czy Odrze Opole. Oczywiście - nie wszystko da się wprowadzić w danym klubie. Trzeba wiedzieć, jaki się ma materiał w drużynie i o co się gra. W innych klubach nie funkcjonuje to tak, jak w Lechu. Tutaj znakomicie szkoli się młodzież. Posiada dobrych piłkarzy i jest w stanie takich pozyskiwać z Polski czy za granicy. Dlatego tutaj można coś takiego wprowadzić i jak widać, ma szansę się to udać.

Oprócz stylu gry udało zmienić się też postrzeganie Lecha i atmosferę wokół klubu. Kibice mają z kim się identyfikować w drużynie. O to też panu chodziło?

To też był jeden z punktów naszego projektu. Założyliśmy sobie, że będziemy promować naszą młodzież. Należy jednak wspomnieć, że nie dostała ona nic za darmo. Każda zagrana przez nich minuta jest wywalczona zaangażowaniem i pracą. Nie jest efektem akcji na Twitterze, lecz ciężkiej pracy na treningach. Na pewno będziemy dalej konsekwentnie szli tą drogą. To są „nasi ludzie”, którzy mają Lecha w sercu. To wszystko fajnie zazębia się z resztą drużyny, bo kładziemy nacisk nie tylko stricte na aspekty piłkarskie, ale też na charakter.

Pytaliśmy pana w trakcie sezonu, czy zaskoczył pana tak szybki rozwój aż tak wielu wychowanków Lecha. Odpowiedź była twierdząca. Kto w takim razie pana zdaniem zrobił największe postępy Jakub Kamiński, Jakub Moder czy Tymoteusz Puchacz?

Chłopaki zrobili niesamowity progres. Pamiętam, jak rok temu przychodził do nas Tymek Puchacz, który był po spadku z GKS-em Katowice do II ligi. Wtedy słyszałem opinie, że nie umie bronić i jest chaotyczny. Każdy z nich przeszedł inną drogę. Moder i Puchacz byli na wypożyczeniach, a Kamiński, Marchwiński czy Szymczak trafili do nas prosto z akademii. Myślę, że znaleźliśmy taki model pracy, że praktycznie wszyscy chłopcy świetnie się rozwijają. To tylko utwierdza mnie, że styl, którym chcemy grać, pasuje reszcie zespołu. Tak samo jest z oferowanym przez nas treningiem. Jestem szkoleniowcem wyznającym zasadę, że zawodnik musi przyjść na trening, nie wiedząc, co na nim będzie i wychodzić z niego zadowolony. Żeby następnym razem przyszedł znowu z chęcią. Nawet gdy będzie bardziej fizyczny i będzie trwał 2,5 godziny, to tak trzeba to tak zoptymalizować, aby wykonali swoją pracę i byli zmęczeni, ale zadowoleni.

Trenował pan lepszego polskiego zawodnika niż Jakub Moder?

Hmm… Pracowałem w niższych ligach, więc trudno mi takiego znaleźć. Kuba ma zasłużenie swoje pięć minut. Jest wokół niego naprawdę głośno, natomiast uważam, że reszta naszych młodych chłopaków pójdzie drogą Modera. Już słychać o zainteresowaniu Jerzego Brzęczka następnymi naszymi zawodnikami, więc mam nadzieję, że to „Modziu” będzie dla nich inspiracją. Nasza młodzież jest niesamowicie chętna do pracy i słucha wskazówek. Chcemy ich rozwijać i mam nadzieję, że to przełoży się na dobrą grę w klubie i reprezentacji.

Mariusz Rumak o postępie Jakuba Modera:

Wróćmy do pana początków. Uprawianie sportu zaczynał pan w szkole od piłki ręcznej i to nawet z sukcesami. Czy z tej dyscypliny można coś wynieść do piłki nożnej?

Oczywiście. Choćby wyskok z jednej nogi do zagrania głową. Duży problem z tym mają niektórzy piłkarze. Słyszałem opinie o Jakubie Moderze, że nie potrafi grać głową. Okazuje się, że umie i potrafi wyskoczyć z jednej nogi. Ma bardzo dobry wyskok i w obronie jest to na bardzo wysokim poziomie. Natomiast w ofensywie będziemy pracować nad tym, by mógł to lepiej wykorzystać.

To kiedy zdał pan sobie sprawę, że futbol może być dla pana profesjonalnym zajęciem?

Do 18. roku życia grałem w piłkę ręczną. Później przypadkowo zacząłem grać w piłkę nożną. Kiedy kończyłem technikum, to awansowałem z WKS Wieluń IV do III ligi. Jeśli chodzi o profesjonalną karierę, to jak dziś pamiętam pewien kluczowy moment w Okocimskim Brzesko. Był taki doświadczony zawodnik – Lucjan Trudnos. Namawiał mnie wtedy na biznes i dodawał, że z drugiej ligi nie wyżyjemy, że nie ustawię się życiowo. Graliśmy wtedy i tak w solidnym klubie, bo naszym sponsorem był browar. Zastanawiałem się nad tą opcją, ale przyszła wtedy oferta z Zagłębia Lubin i z tej propozycji skorzystałem. Wtedy zacząłem zdawać sprawę, że coś z tego może być. Po czasie wracam sobie do tej rozmowy z Luckiem i w głębi mówię, że chyba podjąłem dobrą decyzję, aby postawić na piłkę.

Z Zagłębia Lubin wyjechał pan w 2001 roku do Hannoveru i spędził tam siedem lat. Jakie były najważniejsze rzeczy, które zapamiętał pan z pobytu w Niemczech?

Odpowiadając ogólnie, to głównie punktualność czy dyscyplina. Jeśli pan zapyta kogoś z mojego otoczenia, to ja się nie spóźniam. Jestem zawsze wcześniej. Przekładając to na zespół, to bardzo ważna jest atmosfera w drużynie. Absolutnie jest to jeden z kluczy do dobrej gry. Natomiast jeśli ona jest połączona z dobrą dyscypliną i organizacją pracy, to może to przynieść sukces.

Wrócę do postaci Ralfa Rangnicka, który w europejskiej piłce przedstawiany jest jako wizjoner. Dlaczego? Nie ma on wielu tytułów.

Nie ma tytułów, bo pracował w mniejszych klubach i zrobił z nimi ogromny sukces. Podobnie jest teraz z Lipskiem czy Hoffenheim. Wziął zespół praktycznie ze wsi, III-ligowy i zrobił tam Bundesligę. Awansował także z Hannoverem czy Ulm. Mógłbym długo wymieniać. To jest ikona niemieckiej piłki. Ja wyniosłem głównie ten ofensywny styl gry – gra do przodu, ciągłe nękanie przeciwnika, a nie gra na utrzymanie. No i odpowiednia asekuracja ataku. W każdym klubie, w którym był Ralf, to robił to samo. Patrząc na RB Lipsk, mimo że gra różnymi systemami, to cały czas próbuje dominować i nękać przeciwnika. Mnie ten styl już wtedy bardzo pasował. Pamiętam, jak awansowaliśmy z 2. do 1. Bundesligi. Byliśmy zespołem, który tracił dwie bramki, a strzelał sześć. Ta filozofia odpowiada mi do dzisiaj.

Co ciekawe, to po karierze piłkarskiej nie garnął pan się do trenerki. Co się zmieniło, że postanowił pan spróbować tej niełatwej profesji?

W 2008 roku wróciłem do Polski i dałem namówić się do gry w Arce Gdynia. To była taka rzecz, której z perspektywy czasu, nie powinienem robić, bo zraziłem się wtedy do piłki. Różnica pomiędzy niemieckimi klubami a Arką była tak ogromna na wszystkich poziomach, że przyszedł moment, kiedy chciałem odpocząć od futbolu. Przez pewien czas nie wyobrażałem sobie pracy trenerskiej. W 2009 roku przyszedł taki moment, że młodszy syn namówił mnie, aby założyć zespół i zgłosić go do rozgrywek. Jako osoba trochę rozpoznawalna w moim Wieluniu... zrobiłem to. Wykorzystując nasze znajomości, zaczęliśmy jeździć po turniejach. Wszystko fajnie się zazębiało i zgłosiliśmy zespół do rozgrywek. Pamiętam, że z tymi małymi dziećmi w małym klubie udało awansować się do ligi wojewódzkiej z tylko jednym remisem i samymi zwycięstwami. To był początek, później jakoś to poszło. Zrobiłem kurs UEFA A i jestem w tym do dzisiaj.

Był pan w sztabie trenera Skorży w mistrzowskim Lechu w 2015 roku. Czy ten okres miał duży wpływ na ukształtowanie pana jako szkoleniowca?

Z pracy z każdym trenerem dużo skorzystałem. Zarówno jako piłkarz czy asystent. U boku Macieja razem z Tomkiem Rząsą tworzyliśmy bardzo fajny zespół. Maciej Skorża to jeden z najbardziej doświadczonych i utytułowanych trenerów w Polsce. Chciałbym mieć kiedyś na koncie tyle trofeów, co on. Ta praca bardzo mi pomogła, ale teraz idę swoją drogą.

Czy to też od tego okresu nawiązał pan taką nić porozumienia z Tomaszem Rząsą? Nadajecie na jednych falach?

Mamy podobne spojrzenie na piłkę. Nawet gdy w niektórych kwestiach mieliśmy inne zdanie, to potrafiliśmy znaleźć kompromis poprzez dyskusje i argumenty. Tak jest do dzisiaj.

Czuje pan teraz, że prezesi darzą pana dużym zaufaniem?

To trudny temat, bo niełatwo rozmawiać o zaufaniu w piłce. Staram się być normalnym człowiekiem. Jestem częścią Lecha Poznań, jego projektu. Uczestniczę w wielu rozmowach na różnych płaszczyznach, także tych niedotyczących pierwszej drużyny. To fajnie funkcjonuje i mam nadzieję, że będzie trwać jeszcze długo. Ale zawód trenera jest skomplikowany. Nagle wydarzyć się może coś, co te dobre relacje skończy. Myślę jednak, że już w trakcie naszej pierwszej pracy układało się wszystko OK i dlatego dostałem kolejną propozycję.

Miał pan obawy latem przy zmianie sztabu szkoleniowego? W mediach społecznościowych wybuchła burza po odejściu legendy klubu Dariusza Skrzypczaka.

Obawy są zawsze, ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że jeśli muszę to zrobić, to najlepszy czas jest po sezonie. Tego potrzebowałem. Nie chcę rozmawiać o szczegółach, bo to były rozmowy w cztery oczy z Dariuszem i Karolem. Ta zmiana była mi potrzebna, po to, aby iść do przodu.

Dlaczego wybrał pan na asystenta Dariusza Dudkę, a nie Przemysława Małeckiego, który teraz pracuje przy Czesławie Michniewiczu w Legii Warszawa?

Szukałem współpracowników, którzy nie tylko mają doświadczenie trenerskie, ale też piłkarskie, a Darek Dudka pasował w tych założeniach w 100 procentach. Jeśli chodzi o drugiego asystenta, to szukałem człowieka, który będzie miał nowe spojrzenie, a jednocześnie doświadczenie w pracy w klubie grającym w podobnym stylu, jak my chcemy grać. Zebraliśmy mnóstwo opinii, sprawdziliśmy, z kim Janusz Góra pracował i gdzie pracował. Uznaliśmy, że najlepsze było postawienie właśnie na tę dwójkę.

Wszyscy mówią o rewolucji rok temu, ale przecież to teraz w Lechu przeprowadzono więcej transferów. Z klubu też odeszło wielu piłkarzy, a określeń, że trzeba czasu na budowę drużyny, jakoś teraz się nie używa.

Do tego okienka byliśmy dobrze przygotowani. Podpisaliśmy wcześniej Alana Czerwińskiego, którego obserwowaliśmy bardzo długo na miejsce Roberta Gumnego. Wiedzieliśmy, mimo kilku rozmów z Christianem Gytkjaerem, że chce zmienić klub i spróbować czegoś nowego. Prowadziliśmy rozmowy, ale wiedzieliśmy, że jego pozostanie nie wchodzi w rachubę. Już wcześniej mówiłem, że mieliśmy 3 wyselekcjonowanych piłkarz i Mikael był bardzo wysoko w naszym rankingu.

Był „jedynką”?

Powiedzmy, że w mojej ocenie było dwóch piłkarzy, którzy pasowali w 100 procentach do naszej gry. Jednym z nich był Mikael i cieszę się, że udało się go przekonać, bo pokazuje, że choć ostatni rok miał słabszy, to w jego ocenie się nie myliliśmy. Patrząc na jego potencjał, występy, charakter i jakim jest człowiekiem, to ten transfer był strzałem w dziesiątkę. Jeśli chodzi o innych piłkarzy, to też mieliśmy bardzo duży materiał na ich temat, łącznie z wywiadem środowiskowym. Wymienialiśmy z Tomkiem Rząsą, sztabem i szefem działu skautingu nasze uwagi na temat poszczególnych graczy i kiedy te opinie się pokrywały, to zaczynaliśmy starania, by takiego zawodnika pozyskać.

Czy był latem jakiś zawodnik, na którym bardzo panu zależało, a nie przyszedł on do klubu?

Tak, mieliśmy piłkarza, z którym prawie wszystko było już uzgodnione. Miał jeszcze rok kontraktu, ale zmienił się trener i wszystko się posypało. Był to zawodnik, który bardzo by do nas pasował. Żałuję, że nie doszło do tego transferu, ale niewykluczone, że wrócimy do tego tematu zimą lub latem. Teraz nie będę zdradzał, ale jesteśmy aktywni. Na koniec rozmawialiśmy z dwójką zawodników, których chcieliśmy teraz. Natomiast to byli piłkarzy dobrzy, na kontraktach i nie udało się znaleźć porozumienia z klubami, które też nie chciały się osłabiać.

Lech zbierał pochwały za świetną grę w eliminacjach Ligi Europy. Łatwiej panu zmobilizować zespół na starcia z rywalami mocniejszymi niż ligowi przeciwnicy?

Mobilizacja była bardzo duża. Zawodnicy nigdy z moich ust nie usłyszeli, że my mamy się kogoś bać, że jedziemy do Szwecji i mamy grać z kontry. To samo było z kolejnymi przeciwnikami. Zawodnicy mieli świadomość, że ja w nich wierzę, że to, co robimy jest słuszne i nie mamy zamiaru się przed nikim kłaść czy wycofywać. Oczywiście są takie fragmenty meczu, że trzeba grać niskim pressingiem, jak było to w Belgii, ale nawet w takich momentach trzeba sobie radzić. I z tym zespół poradził sobie bardzo dobrze.

Czytaj też: Lech Poznań ucierpi przez czerwoną strefę. Mecz Kolejorza z Benficą w Lidze Europy odbędzie się bez kibiców

Lech z Benficą też zagra odważnie?

Zdajemy sobie oczywiście sprawę z klasy rywala. Nakreślimy sobie plan na ten mecz i uważam, że bez sensu byłoby grać z Benficą broniąc się na 30 metrze i czekać, kiedy nas rozklepią, bo mają taką jakość piłkarską, że to zrobią. Może lepiej zagrać z nimi normalnie, próbować zaatakować ich, a w niektórych fragmentach pressować.

Teraz przed panem i drużyną wyłącznie mecze z mocniejszymi rywalami w Lidze Europy. Zgodzi się pan z tym, że Lech będzie u siebie walczył o pełną pulę, a na wyjeździe cenny będzie każdy punkt?

Nie będzie odgrywało to większej roli, czy zagramy u siebie, czy na wyjeździe. Będziemy wychodzili z nastawieniem, że chcemy zagrać dobry mecz i zdobyć tyle punktów, ile się da.

Ma pan opinię trenera, który imponuje spokojem nawet w gorących dla zespołu sytuacjach.

Tak mówią ci, którzy nie do końca mnie znają. Staram się reagować tak, jak wymaga tego sytuacja. Jeśli widzę, że zespół potrzebuje spokoju, to rozmawiam spokojnie. Jak widzę, że zespół potrzebuje innego bodźca, to potrafię być głośny. Faktem jest, że jestem zwolennikiem tego, by w szatni przekazać zawodnikom dwie, trzy merytoryczne podpowiedzi, a nie przez 10 minut mówić podniesionym głosem, przeplatając to dosadnymi przekleństwami. Sam grałem w piłkę i miałem różnych trenerów. Z doświadczenia wiem, co jest dla piłkarza najlepsze i stosuję to w szatni Lecha. Z tym moim spokojem to „patrzyłbym na to przez palce”.

Zobacz też:

Lech Poznań wrócił do Polski po meczu z Royal Charleroi. Pod...

Czy mecze w Lidze Europy są dla pana największym wezwaniem w dotychczasowej karierze?

Największym wezwaniem dla całego klubu będzie dobrze grać na trzech frontach. Liga Europy nie może przesłonić nam tego, co musimy osiągnąć w lidze. Zawodnicy to wiedzą, są tego świadomi. Bardzo chcą osiągnąć sukces i wiedzą dobrze, że na początku sezonu trochę brakowało nam koncentracji. Zapłaciliśmy za to utratą kilku punktów w ekstraklasie i w efekcie nie mamy ich tyle, ile byśmy chcieli. W Lidze Europy koncentracja była już na znacznie wyższym poziomie. Było to widać w Gliwicach. Zachowanie tej koncentracji będzie najtrudniejsze, ale jesteśmy w stanie z tym sobie poradzić.

Co będzie dla pana sukcesem na koniec roku i sezonu?

Rok chciałbym zakończyć z niewielką stratę do zespołu prowadzącego, bo to pozwoli nam mocniej zaatakować na wiosnę. Walczymy na trzech frontach i chcemy wreszcie coś wrzucić do gabloty. Zobaczymy, co się uda. Na pewno zrobimy wszystko, by zadowolić naszych kibiców.

Zobacz też:

Kto może odejść z Lecha Poznań po tym sezonie? Lista zawodni...

Lech Poznań w FIFIE 21: Zobacz 10 najlepszych piłkarzy Kolej...

Transfery Lecha Poznań: Kto wzmocnił Kolejorza, czyli od Cze...

Lech Poznań: Alan Czerwiński został 63. reprezentantem Pols...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3