Kibicuje „cieniasom” i choć nigdy nie obejrzała Gran Derbi, to Wolfsburg zaprosił ją na mecz! [WYWIAD]

Artur Kurzawa
Katarzyna Gleich, jak sama twierdzi, kibicuje "cieniasom" Katarzyna Gleich
Przedstawia się jako osoba, która kibicuje „cieniasom”, czyli niedocenianym drużynom z kilku zagranicznych lig. Choć nigdy nie oglądała starcia Barcelony z Realem, to na bieżąco śledzi ligę duńską, a także Regionalligę (czwartą ligę niemiecką). Jej ogromne zamiłowanie do drużyny Wolfsburga zauważyli nasi zachodni sąsiedzi, którzy zaprosili „Meisterclif” na mecz tego zespołu. Zapraszamy na wywiad z Katarzyną Gleich!

Jak wyglądał początek Twojego kibicowania? Kiedy i w jaki sposób uświadomiłaś sobie, że „cieniasy”, którym sympatyzujesz, mają w sobie „to coś"?
Wszystko zaczęło się dopiero na kilka miesięcy przed mundialem w RPA, dokładniej od zbierania naklejek. Nie wiedzieć czemu, moją uwagę przykuła drużyna Słowacji, konkretniej Marek Hamsik i jego mniej kojarzony kolega – Peter Pekarik. Zaczęłam szukać o nich informacji i wyszło tak, że za Pekarikiem poszłam do Wolfsburga i kibicuję im do dzisiaj. Z pozostałymi klubami – FC Kopenhagą i Alemannią Aachen wiążą się inne historie, ale też można to nazwać dziełem przypadku, że w ogóle na nie trafiłam.

To znaczy?
Historia z Kopenhagą ma swój początek przed sezonem 2010/2011, kiedy zagrali w Lidze Mistrzów. W ręce wpadła mi gazeta, gdzie opisane były wszystkie zespoły, jeden wybrany zawodnik i trener każdego z nich. Wtedy trafiło na Jespera Grønkjæra i Ståle Solbakkena, których historie były ciekawe na tyle, że skłoniły mnie do pozostania z nimi na dłużej. Kibicowanie Alemanni to już dzieło kibiców tej drużyny. Przeczesując niemieckie strony o piłce na Facebooku natknęłam się na wiadomości o bliskim rozwiązaniu klubu z powodu problemów finansowych. Nawiązałam kontakt z fanami, zaczęłam dowiadywać się więcej, aż w końcu można powiedzieć, że zostałam jedną z nich.

Wydaje się, że kibicowanie „cieniasom” jest bardzo trudne, wymaga wielu wyrzeczeń, drużyna rzadko odnosi sukcesy. A jak jest w rzeczywistości?
Łatwo nie jest. Często o słabszych drużynach mówi się tylko w kontekście porażek z gigantami lub po prostu bardziej cenionymi klubami. Największym minusem jest brak możliwości podzielenia się z kimś swoim zdaniem na temat klubu, udostępnienia radości czy przeżywania porażki. Co prawda bywają kibice innych drużyn, którzy chętnie się czegoś dowiedzą, ale to nie to samo, co bycie wśród „swoich”.

Często spotykasz się z twierdzeniem, że jesteś "sezonowcem". Jak wyglądało to kiedyś, a jak jest teraz?
To jest zabawne, kiedy ktoś nazywa mnie sezonowcem, ale swoją drogą nie jest to ani często, ani nie jest to zgodne z prawdą. Każdy z „moich” zespołów jest najzwyczajniej w świecie za słaby. Może poza Kopenhagą, jednak sukcesami może się ona pochwalić tylko na arenie krajowej, a że liga duńska nie jest czymś powszechnie cenionym, to stopień zainteresowania tą drużyną jest niski.

Najszczęśliwszy dzień w życiu za Tobą?
Można wymieniać długo, spotkanie z Wolfsburgiem, wiadomość o tym, że Alemannia jednak nie zostanie rozwiązana. W sumie wszystko to, co jest sukcesem, kwalifikuję jako najszczęśliwsze dni w życiu kibica.

Dążę właśnie do spotkania z Wolfsburgiem. W jaki sposób przedstawiciele niemieckiego klubu dowiedzieli się o Tobie?
Zasługa kibiców VfL, a konkretniej jednego o imieniu Max. Jak wspomniałam, kibicuję Wolfsburgowi od około 2010 roku, czyli chwilę po tym, ja zdobyli oni mistrzostwo Niemiec. Nie znalazłam w Polsce nikogo, kto mógłby mi coś więcej o nich powiedzieć, dlatego zaczęłam szukać na zagranicznych stronach. Tak trafiłam na mały fanpage o „Wilkach”, po dwóch miesiącach zostałam tam administratorem, pomimo że nie znałam niemieckiego. Żeby sprawnie komunikować się z kibicami zaczęłam uczyć się języka, fani pomagali poprawiając błędy i w ten sposób nawiązały się bliższe znajomości. Nie zważając na odległość brałam udział w kilku akcjach mających na celu np. wsparcie Fundacji im. Krzysztofa Nowaka, działającej przy klubie. Mówiono, że wykazuję się zaangażowaniem porównywalnym do osób, które są tam na miejscu, blisko VfL. W końcu po trzech latach Wolfsburg ustalił sparing z Wisłą. Ni stąd ni zowąd dostałam wiadomość od klubu, że zapraszają mnie na mecz oraz pokryją wszystkie koszty z tym związane. Pierwsze moje pytanie było takie samo jak Twoje – skąd się dowiedzieli? I tak jak mówiłam, okazało się, że na skrzynkę oficjalnej strony napisał ów Max, przedstawiając mnie w bardzo dobrym świetle. Później potwierdzili to również inni kibice.

Coś jeszcze napisali przedstawiciele Wolfsburga?
Jeden z medialnych przedstawicieli powiedział jak ma wyglądać spotkanie. Bilet miałam kupić sama, natomiast w Krakowie zwróciliby jego koszt i pokryli cenę biletu powrotnego. Zaoferował również możliwość obejrzenia meczu w dogodnym miejscu oraz spotkanie z zawodnikami.

Jaka była Twoja reakcja?
Pierwsza reakcja to dosłownie „daj mi ktoś słownik, bo coś się nie zgadza”. No cóż, po trzykrotnym sprawdzeniu okazało się, że jednak dobrze wszystko zrozumiałam.

Jak zareagowała Twoja mama?
Akurat to było największe zaskoczenie – zgodziła się niemal od razu, chociaż miała opory ze względu na odległość Krakowa od Warszawy. Jednak szybko stwierdziła, że pozwolenie na wyjazd będzie najlepszym prezentem na urodziny, które miałam na dwa tygodnie przed meczem.

Co działo się w samym Krakowie?
Umówiliśmy się na 12:00 pod Kościołem Mariackim, jednak w Krakowie musiałam być już o 9:00, ponieważ nie miałam żadnego pociągu. Zdążyłam się zgubić kilkukrotnie, ale punktualnie pojawiłam się w umówionym miejscu. Po kilku minutach usłyszałam swoje imię wypowiedziane w typowy dla Niemców sposób (zamiast „s” najczęściej mówią „z”). Rozmowa zaczęła się bardzo luźno, jednak z przejęcia nie byłam w stanie płynnie używać niemieckiego, więc szybko przeszliśmy na angielski. Pytania były standardowe, kto był moim ulubionym zawodnikiem, czy kiedyś byłam już w Krakowie etc. Z Kościoła Mariackiego przeszliśmy do małej restauracji, gdzie czekali pozostali pracownicy VfL.

Co było dalej?
No cóż, można powiedzieć, że robiłam za przewodnika po polskiej kuchni i zdecydowaliśmy się na pierogi. Nie odzywałam się dużo. Po 20 minutach dołączył do nas pracownik Wisły Kraków i dopiero wtedy napięcie się rozluźniło, ponieważ tylko Robert (osoba, która się ze mną skontaktowała i była moim opiekunem w Krakowie) mówił po angielsku, a ja jak wspomniałam wcześniej – zapomniałam języka w „gębie” z wrażenia.

Zaszliście na Reymonta, a wtedy?
Zastanawiałam się jak to będzie wyglądać. Z początku myślałam, że wcisną mnie na jakąś trybunę, a potem będę miała problem z ich znalezieniem po meczu, przecież nikogo by ze mną nie było. Okazało się jednak, że VfL widziało to zupełnie inaczej i towarzyszyłam Robertowi na loży prasowej. Dowiedziałam się o tym stosunkowo późno, dopiero wtedy, kiedy wcześniej poznany pracownik Wisły, zabrał mnie do miejsca, gdzie odebrałam akredytację.

Co wydarzyło się zaraz po spotkaniu?
Robert kazał mi pójść za sobą. Co innego miałam zrobić? Odziana w koszulkę, którą dostałam wraz z szalikiem i zeszytem na autografy w przerwie spotkania, ruszyłam naprzód. Doszliśmy pod wyjście na boisko, jednak nie było tam kolorowo, ponieważ ochroniarzowi bardzo nie podobała się moja obecność. Na szczęście Robert wszystko załatwił i kazał mi poczekać na schodach. Minęło sporo czasu, a ja ciągle zastanawiałam się co się stanie. Popatrzyłam na górę schodów, a w moim kierunku szła legenda VfL, Marcel Schäfer. Nie obyło się bez wpadki, momentalnie zrobiło mi się ciemno przed oczami i omal nie straciłam równowagi, jednak piłkarz złapał mnie za ramię, przywitał się i nie trzeba go było nawet namawiać na wspólne zdjęcie. Z innymi zawodnikami wszystko odbyło się równie szybko, poza czterema wyjątkami, z których jeden zapamiętałam bardzo negatywnie.

Jeszcze nie kończymy wątku z Wolfsburgiem. Po powrocie do domu okazało się, że Twoja wizyta w Krakowie została opisana w magazynie "Wilków".
Sama do końca nie wiedziałam, że na mój temat pojawi się cały i to dosyć obszerny artykuł w gazecie. Co prawda przeczuwałam, że gdzieś o mnie napiszą, bo podczas spotkania z Christianem Träschem fotograf ciągle koło nas „skakał”.

Samo spotkanie z Christianem różniło się od poprzednich. Z Janem Polakiem nie odezwaliśmy się ani słowem, ale mam zarówno zdjęcie z nim, jak i autograf, Slobodan Medojević nie kontaktował co się dzieje, a Diego Ribas da Cunha i Naldo najwyraźniej chcieli mnie ominąć, ale nic im z tego nie wyszło (pomimo narastającego uczucia paniki, „zatarasowałam” schody). Zupełnie inaczej było z Träschem. Piłkarz podszedł sam z siebie, od razu użył angielskiego, mimo że jest Niemcem, poświęcając mi dużo więcej czasu. Kiedy opuściłam stadion miałam w głowie wizję, że pewnie zdjęcie pojawi się na fanpage’u VfL. Nazajutrz Robert, o którym wspomniałam wcześniej, napisał, że chciałby poznać moją historię z „Wilkami”, chciał, żebym powiedziała mu to, co mówię swoim znajomym z Niemiec. Kilka dni później zostałam zalana wiadomościami od fanów, którzy przysłali mi zdjęcia całej strony poświęconej mojej osobie i meczowi w Krakowie. Byłam zaskoczona, ale w gruncie rzeczy zrobiło mi się miło, że inni kibice Wolfsburga poznali moją historię i podesłali mi tak świetną pamiątkę. Co prawda wyglądałam jak przerażony kurczak, ale to było bezcenne.

Twój fanpage, Kibice Klubów Niedocenianych, w ciągu trzech miesięcy polubiło prawie 12 tys. osób, co pokazuje, że fanów „cieniasów” jest w Polsce całkiem sporo.
Nie są to tylko kibice słabych drużyn. Mamy także dużo fanów Realu czy Manchesteru United, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o niszowych ekipach. Każdego przyjmujemy z otwartymi ramionami.

Jakim nietypowym ekipom sympatyzują Polacy?
Znaleźli się kibice FH Hafnarfjörður, SonderjyskE, Sassuolo czy York City. Długo można wymieniać, panuje u nas różnorodność.

Kibice innych drużyn dzielą się swoimi historiami?
Przez KKN przewijają się różne historie, dziwne początki kibicowania, opowiadania z wyjazdów na mecze, a nawet skutki kibicowania podobne do moich. Ostatnio z Michałem ze strony o Crystal Palace skontaktował się bodaj wiceprezes klubu w sprawie przyłączenia go do jakiegoś projektu.

To prawda, że nigdy nie obejrzałaś Gran Derbi?
Tak, to prawda.

Nie wydaje ci się, że takie mecze powinien oglądać każdy fan futbolu?
Ale dlaczego? Mam się zmusić do obejrzenia meczu drużyn, które są mi obojętne tylko dlatego, że robi to większość lub jest to modne? No cóż, w tym czasie wolę rzucić okiem na coś innego, często lecą mniej medialne rozgrywki, którym warto poświęcić uwagę.

Jasną sprawą jest, że drużyny, którym kibicujesz przeżywają zarówno wzloty, jak i upadki. Jak zatem zmotywować się do kibicowania?
Myślę, że coś takiego jak motywacja do kibicowania nie istnieje. Albo jest się z klubem zarówno na szczycie, dnie i środku tabeli, albo nie jest się z nim w ogóle. Czasem przychodzą takie momenty, kiedy patrząc na wyniki, człowiek zadaje sobie pytanie „Za jakie grzechy to się dzieje?!”. Jednak trzymanie się razem z innymi kibicami i dzielenie z nimi zawodu jest najlepszym rozwiązaniem.

Jaki jest cel Twojej pasji? Chciałaś się wyróżnić? Dlaczego wybrałaś akurat „cieniasów”?
Kibicowanie komuś nie ma konkretnego celu, to jest po prostu poczucie jedności z innymi, coś, czego nie poczujesz do innej grupy ludzi. Jednych trafiła Barcelona, innych Real, innych Sassuolo, a mnie akurat „cieniasy”, których nie potrafiłam zostawić nawet w najgorszych chwilach. Moja pasja ma jeszcze inne zastosowanie – nie chciałam wyróżnić siebie, chciałam wyróżnić wszystkich, którzy często nie szli za sukcesami czy legendami futbolu, tylko wybrali małe zespoły, często niekojarzone przez innych. Chciałam promować tych, którzy często o swoich zespołach mogli porozmawiać tylko z zagranicznymi kibicami. Zebrałam takich ludzi w jednym miejscu i czasem okazuje się, że jednak jest więcej kibiców jakiegoś zespołu niż się wydawało.

W Polsce nie mamy ciekawych drużyn?
Wśród nas są też kibice polskich klubów, szczególnie wyróżnia się GKS Tychy, jednak poruszanie kwestii polskiej piłki na mojej stronie jest kwestią sporną. Można powiedzieć, że np. Ekstraklasa jest niedoceniana, ale jeśli wspomni się o Lechu, to za chwilę uruchomią się kibice Legii, że bezprawnie mówimy o „Kolejorzu”. Wspomnimy o legionistach, to za chwilę Wiślacy zaczynają awantury, że przecież Legia jest przeceniana itd., dlatego w większości przypadków polskimi zespołami zajmują się przeznaczone im strony.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie