Ruch Chorzów. Tomasz Foszmańczyk: "Z Bogiem po zwycięstwo!" pożyczyłem od Jerzego Brzęczka ROZMOWA

Tomasz Kuczyński
Tomasz Kuczyński
Tomasz Foszmańczyk w meczu ze Stalą Rzeszów
Tomasz Foszmańczyk w meczu ze Stalą Rzeszów Fot Arkadiusz Gola
Udostępnij:
Tomasz Foszmańczyk, kapitan drugoligowego Ruchu Chorzów mówi nam m.in. o swoim haśle bojowym "Z Bogiem po zwycięstwo!", o tym z czego wynikały ostatnie porażki, o swoich początkach w pierwszej drużynie Niebieskich w wieku 17 lat oraz o przyszłości w klubie z Cichej. Nie mogło też zbraknąć pytań o awans do Fortuna 1. Ligi. Poniżej WYWIAD z "Fosą".

Od kiedy jest pan kapitanem Ruchu Chorzów?

Zostałem nim po spadku do III ligi. Był jeszcze z nami w drużynie Tomek Podgórski, który był kapitanem w II lidze. Przyszedł trener Łukasz Bereta, który w zasadzie po krótkim czasie zdecydował, że to ja będę kapitanem na tę przyszłą rundę i tak się stało. Generalnie sztab szkoleniowy razem z trenerem Beretą zdecydowali o tym, nie było żadnych wyborów.

Czyli nie ma demokracji przy wyborze kapitana?

Różnie to bywa. W większości klubów jest demokracja, jest wybór kapitana przez drużynę, sztab też może oddać swoje głosy, ale tutaj akurat przy przyjściu trenera Berety nie było robionych wyborów. Trener postawił na swoją intuicję i zakomunikował mi po prostu, że chciałby, żebym był kapitanem. Ja oczywiście od razu pierwsze co zrobiłem, to poszedłem przekazać tę informację Tomkowi Podgórskiemu, żeby wszystko miało ręce i nogi, żeby było fair. Tomek oczywiście się nie obrażał, bo dla mnie, czy dla niego w tamtym czasie było najważniejsze, żeby Ruch dobrze grał, wyszedł z tego marazmu, który wtedy się pojawił i Tomek nie miał nic przeciwko temu.

Jak to jest być kapitanem takiej firmy, z takimi tradycjami? Kibice czasem krytykują piłkarzy, że traktują grę w piłkę jako tylko „robotę”, bez angażowania się w klub. Pan raczej do takich zawodników nie należy.

Nie będę ukrywał, że bardzo się zaangażowałem w odbudowę od dwóch lat naszego klubu i jestem szczęśliwy, że ona przebiega tak, a nie inaczej, bo z garstką chłopaków, którzy spadali, mocno się przyczyniliśmy do tego, żeby Ruch dalej istniał. Wszystko w większości działo się w gabinetach i od strony kibicowskiej, ale gdyby nie było tego dobrego wyniku, na nic zdałyby się wysiłki wszystkich ludzi w klubie. Przyłożyłem się do tego mocno, jestem bardzo zaangażowany, jest to dla mnie bardzo duże wyróżnienie i nie mam zamiaru traktować tego tylko jako czegoś normalnego, że mam tę opaskę. Staram się wywiązywać z tej roli tak jak przystało na prawdziwego kapitana.

W korytarzach pod krytą trybuną przy Cichej pojawiły się hasła przypominające wielkość Ruchu, na ścianie jest wizerunek Gerarda Cieślika. To robi na was wrażenie?

To super inicjatywa. Oczywiście, każdy do tego podchodzi indywidualnie. Może to nie oddaje w stu procentach tego klimatu, jaki panuje w klubie, ale na pewno sugeruje, przede wszystkim przyjezdnym, z jakim klubem będą się mierzyć. My nie „grzebiemy w trupach”, nie żyjemy tylko historią, wychodząc na boisko nie myślimy o tym, że mamy za sobą 14 gwiazdek, tylko wiadomo, że każdy w lidze jest równy. Na pewno to działa na wyobraźnię innych piłkarzy, którzy do nas przyjeżdżają, szczególnie tych, którzy mają okazję być pierwszy raz na Ruchu. Nasz stadion jest dosyć stary, ale to, co można zobaczyć na ścianach w okolicach szatni, w przejściach na boisko, oddaje w stu procentach jak wygląda teraz zarządzanie w klubie. Stawia się na to, aby przede wszystkim mocno utożsamiać się z tym klubem, z „niebieską rodziną” i to się fajnie sprawdza. Każdy może poczuć tę niebieską krew i tożsamość.

W meczu z Wisłą Puławy pobiegł pan aż z ławki rezerwowych, aby stonować radość strzelca gola na 4:2 i jego kolegów, którzy prowokowali kibiców Ruchu. To też rola kapitana?

Na żadnym stadionie nie wypada się cieszyć w taki sposób. Może ktoś za dużo telewizji ogląda i czasami takie sytuacje się pojawiają, ale na naszym podwórku to rzadko spotykany obrazek. Wymaga się przede wszystkim szacunku do przeciwnej drużyny, a tutaj tego mocno zabrakło. Myślę, że kolega Bartosiak wiele by zrobił żeby kiedykolwiek zagrać w takim klubie. Nie miał okazji. Może gdyby grał w takim kubie, to wtedy wiedziałby z czym to się wiąże, jak powinno się szanować kibiców tego klubu. Wydaje mi się, że tu zabrakło ogłady i dobrego wychowania.

Jeśli chodzi o wychowanie, to pan w sezonie 2003/2004 w ówczesnej II lidze grał w jednej drużynie Ruchu z takimi zawodnikami, jak Marcin Malinowski, Mariusz Śrutwa, Piotr Mosór, Marek Matuszek, Krzysztof Bizacki, Maciej Mizia, a nawet z mistrzem Polski z 1989 roku Ryszardem Kołodziejczykiem. Nieźli nauczyciele!

Wchodziłem do pierwszej drużyny, gdy miałem 17 lat. Ruch był po spadku z ekstraklasy, a szatnia była naszpikowana zawodnikami, których oglądało się tylko w telewizji i byli wtedy naszymi idolami. Taka była kolej rzeczy. W Ruchu było ciężko organizacyjnie, finansowo. Teraz jest to nie do pomyślenia, że tylko trzech nas trafiło, wyróżniających się chłopaków z akademii, do pierwszej drużyny. Obecnie jest ich dużo więcej, wtedy byli tylko Rafał Wawrzyńczok, Ariel Lindner i ja. To było niesamowite przeżycie. Myślę, że teraz inaczej wygląda to wejście do szatni, z dużo większą łatwością. Gdybym mógł porównać, to ja wchodziłem do szatni z takim samym szacunkiem jak Tomasz Wójtowicz i Tomasz Neugebauer. Z takim samym szacunkiem do starszych zawodników, do pracy. To powinno pokazywać wszystkim młodym chłopakom, jaka powinna być obrana przez nich droga. Jeśli ktoś stara się wejść „z buta” i chciałby być kolegą wszystkich, nie przechodzić drogi krok po kroku, to zazwyczaj dla niego źle się kończy. Piłka nożna nie lubi pychy i to często kończy się niepowodzeniem dla takiego chłopaka. Fajnie, że ci chłopcy, którzy z dużą pokorą, ale też z pewnością siebie wchodzą do tej piłki, to dobry przykład, że na tę chwilę grają i to bardzo dobrze.

Przed każdym meczem z waszej szatni słychać krótką pana przemowę, którą kończy hasło bojowe: „Z Bogiem po zwycięstwo!”. Skąd się wzięło?

Gdy byłem w GKS-ie Katowice trener Jerzy Brzęczek robił takie przedmeczowe przemowy i to właśnie on używał tego sformułowania. Spodobało mi się to, pomagało mnie i chłopakom, dobrze się czuliśmy, zmotywowani. Zapadło mi to mocno w pamięć. Z racji też tego, że uważam Jerzego Brzęczka za bardzo dobrego trenera, to pozwoliłem sobie zapożyczyć to hasło.

Zespół zaakceptował bez szemrania? Wszyscy akceptują takie hasło?

Wydaje mi się, że tak. Taki temat nie był nigdy podejmowany. Wręcz przeciwnie - często chłopcy mówią, że czuli się zmotywowani, że fajnie się przygotowałem. Bywa, że zanim dojdzie do odprawy dostaję pytanie, czy się już przygotowałem i co dziś będzie. Oczywiście nie mogę tego powiedzieć, ale zawsze mówię, że coś mam. Aby wystąpić przed chłopakami, człowiek musi się trochę przygotować. To nie jest taka prosta sprawa, jaka mogłaby się wydawać. „Z Bogiem po zwycięstwo!” jest zawsze, a przemowa zmienia się w zależności od wielu rzeczy, między innymi od tego z kim gramy. Nie słyszałem, żeby hasło komuś przeszkadzało. Gdyby tak było, to już bym o tym wiedział.

Wykonując zawód piłkarza grającego w Ruchu, czy zdaje pan sobie sprawę, jak wielu ludzi po waszym meczu jest w dobrym albo złym humorze?

Ja mam ogromną świadomość tego, bo mam bardzo częsty kontakt z kibicami. Pamiętam rekordowy wyjazd kibiców do Kalisza, naszą wygraną. Mówiłem wtedy do klubowej kamery, że jest super weekend, wszyscy będą szczęśliwi. To jest autentyczne - jak wygrywamy, to się naprawdę cieszymy w szatni, że ci ludzie będą fajny powrót do domu, fajny weekend, fajny tydzień, bo to jest dla nich bardzo ważne. Jak przegrywamy, to martwimy się, że nie zdobywamy punktów, ale też tym, że zawiedliśmy ludzi, że to rzutuje na ich samopoczucie, jak będą u nich wyglądały najbliższe dni w domu, bo to jest wszystko bardzo ważne. Ja też kibicując jakiemuś klubowi, w tym momencie Ruchowi, przychodząc do domu, wiem jak to się odbija na tym jak funkcjonuję, jakie relacje mam w domu, gdy jestem poddenerwowany. Ta empatia jest u nas bardzo duża, dlatego przede wszystkim nie chcemy zawieść naszych kibiców, a chcemy dawać im dużo radości. Bardzo mocno czujemy ich wsparcie.

Jako kapitan musi pan brać „na klatę” trudne pytania, które kibice zaczęli zadawać po ostatnich porażkach. Może przegrywacie, bo wam nie płacą?

Oczywiście, że tak nie jest. Nikt nam nie zakazał wygrywać. Problemów finansowych w klubie nie ma. Jesteśmy odcięci od tego, bo wszystko funkcjonuje w Ruchu tak jak powinno. Żadnych problemów nie ma, może teraz są jakieś niedomówienia na linii z miastem, ale wcześniej wszystko funkcjonowało jak należy i myślę, że dalej tak będzie. O wynikach decydowały tylko i wyłącznie nasza dyspozycja i naszych rywali. Z tego głównie wynikało, że przegrywaliśmy te mecze, a nie z tego, że w klubie są problemy lub, że ktoś nam zakazał awansować do I ligi.

Jednak apetyty kibiców co do awansu są rozbudzone, choć Ruch jest beniaminkiem.

My też sobie mocno rozbudziliśmy nadzieję i mamy ogromną ochotę żeby sprawić niespodziankę, bo przed sezonem naprawdę nikt na nas nie stawiał. Zaczęliśmy grać bardzo dobrze, nadspodziewanie chyba dla wszystkich, przede wszystkim też dobrze punktowaliśmy. Było efektownie i efektywnie, ale później się to trochę zacięło. Trzeba pomyśleć o wzmocnieniach. Wiemy już, że kilku chłopaków trafiło na listę transferową. To zupełnie normalna rzecz. Jeżeli chcemy żeby zespół szedł do przodu, to wymiana 2-3 zawodników musi być, aby rywalizacja była jeszcze większa. Punktów mamy sporo, wiele drużyn chciałoby być na naszym miejscu. Chojniczanka nas wyprzedziła na tym zielonym polu (Ruch jest trzeci, bezpośrednio awansują dwie drużyny - red.), ale to dopiero połowa sezonu. Będziemy walczyć. Nie jest powiedziane, czy awansujemy czy będziemy w barażach. Tego nie wie nikt, ale będziemy starać się grać jak najlepiej i dawać radość naszym kibicom.

Pana kontrakt w Ruchu kończy się w czerwcu 2022 roku. Czy to się łączy z pracą trenera w akademii?

W akademii Ruchu prowadzę grupę pięciolatków. To są bardziej zabawy ruchowe niż treningi, ale mam córeczkę w tym samym wieku, więc jest mi łatwiej o kontakt z tymi dzieciakami. Praca w akademii nie łączy się z tym, że gram w Ruchu. Umowy nie są powiązane, chciałem pomóc klubowi, bo trenerów na rynku nie jest za dużo. Inna sprawa, że też dla mnie w kontekście przyszłości to fajne doświadczenie i bardzo to sobie cenię. Myślę, że praca w akademii jest naprawdę fajna i to kolejne miejsce, gdzie mogę się solidaryzować z kibicami i z nimi rozmawiać. Rodzice tych dzieci, to też są nasi kibice.

Co z kontraktem?
Pierwsze rozmowy już były, ale jeszcze bez konkretów. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze, aby przedłużyć tę umowę. Na razie trzeba pozałatwiać inne tematy w klubie, są ważniejsze sprawy niż mój wygasający w czerwcu kontrakt.

Teraz ma pan trochę odpoczynku, ale zanim wrócicie do wspólnych treningów macie wdrożyć indywidualne zajęcia, w dodatku monitorowane przez specjalną aparaturę.

To nic nadzwyczajnego. Co roku jest ta sama historia, że pierwsze treningi pojawiają się już w drugi dzień świąt. Będą to treningi biegowe powiązane z siłowymi. Trzeba przyjść w styczniu do klubu już na pewnym etapie wytrenowania. Dobrze, że dostaliśmy trochę więcej czasu roztrenowania, rozbratu z klubem, żeby się w domu przygotować, wyczyścić głowę, bo przed nami bardzo ważne pół roku. Co do świąt i Sylwestra, to spędzę te dni w domu.

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

Bądź na bieżąco i obserwuj

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Mistrzostwa w Polsce zwiększą popularność strzelectwa i rugby

Wideo

Materiał oryginalny: Ruch Chorzów. Tomasz Foszmańczyk: "Z Bogiem po zwycięstwo!" pożyczyłem od Jerzego Brzęczka ROZMOWA - Dziennik Zachodni

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

c
chichrek
Gott mit uns..... vivat Oberschlesien, dreimal hoch ! :-)
Przejdź na stronę główną Gol 24
Dodaj ogłoszenie