Sukcesy Atletico w europucharach - wiecznie na drugim planie

Grzegorz Ignatowski
Atletico Madryt pomimo długiej i bogatej historii nie ma na swoim koncie zbyt wielu sukcesów na arenie europejskiej. Wystarczy powiedzieć, że tegoroczne dojście do finału Ligi Mistrzów jest powtórzeniem największego sukcesu w historii. Na koncie Los colchoneros widnieją również dwa triumfy w Lidze Europy oraz zwycięstwo Pucharze Zdobywców Pucharów i, trochę na doczepkę, Puchar Interkontynentalny. I to by było na tyle.

Trzecia siła Europy

Jak pisaliśmy na wstępie, Atletico nie wygrało zbyt wielu trofeów w Europie, ale był czas kiedy mogło śmiało kandydować do miana trzeciej drużyny w Europie. Na przełomie lat 50 i 60-tych prym na Starym Kontynencie wiedli Hiszpanie, z wielkim Realem Madryt na czele. Królewscy zwyciężyli w pięciu kolejnych edycjach Pucharu Mistrzów, a reszta Europy mogła się tylko przyglądać. Wydawało się, że jeśli ktoś przełamie hegemonię Madrytu to będzie to Barcelona, ale w sezonie 1958/1959 na horyzoncie pojawiło się Atletico. W pierwszej rundzie Rojiblancos zmietli z powierzchni ziemi Drumcondrę Dublin, wygrywając w dwumeczu 13:1, potem wyrzucali za burtę CDNA Sofię i Schalke Gelsenkirchen, by w półfinale trafić na wielki Real. Gdyby w tamtych czasach obwiązywał przepis o większej wadze bramki strzelonej na wyjeździe Atletico awansowałoby do finału. Jednak porażka na Santiago Bernabeu 1:2 i zwycięstwo u siebie 1:0 oznaczało konieczność rozegrania dodatkowego meczu. W Saragossie Real wygrał 2:1, a potem w finale gładko poradził sobie ze Stade Reims.

W kolejnych latach Hiszpanie w Pucharze Mistrzów reprezentowały Real i Barcelona. Duma Katalonii po porażce w półfinale sezonu 1959/60, zakończyła passę Królewskich w 1/8 sezonu 1960/61. Ekipie z Estadio Vicente Calderon nie udało się przerwać dominacji tych dwóch drużyn na krajowym podwórku i przebić się na pierwszy plan, ale kiedy pojawiła się okazja pokazania swojej siły w Pucharze Zdobywców Pucharów, wykorzystali ją w stu procentach. W II edycji PEZP Rojiblancos eliminowali kolejno reprezentanta Francji (Sedan), Anglii (Leicester), RFN (Werder Brema), NRD (Carl Zeiss Jena), by w finale trafić na włoską Fiorentinę. Do rozstrzygnięcia tego spotkania potrzebne były dwa mecze, bowiem pierwszy zakończył się remisem 1:1. W drugim nie było jednak żadnych wątpliwości. Madrytczycy po golach Miguela Jonesa, Jorge Mendoncy i Joaquina Peiro wygrali 3:0.

Skoro piłkarze Atletico raz poznali smak wielkiego triumfu, to rok później chcieli to powtórzyć. Tym razem po wyrzuceniu za burtę Hibernians Paola, Botewu Płowdiw i niemieckiej Norymbergi przyszło im skrzyżować miecze z angielskim Tottenhamem. Tym razem to Anglicy nie zostawili wątpliwości kto jest lepszy. Zwycięstwo 5:1 obnażyło wszystkie braki Los Colchoneros i pogrzebało marzenia o potędze na arenie europejskiej.

Strzał, który odmienił bieg historii

Wertowanie kart historii jest bardzo przyjemne, bowiem można się zastanawiać jak wiele zmieniłby jeden celny strzał, lub jedno złe zagranie piłki. Gdyby Hans-Georg Schwarzenbeck pomylił się o kilka centymetrów, był o sekundę wolniejszy, lub przeszło by mu przez myśl, żeby podać piłkę do partnera a nie strzelać w 120 minucie meczu Bayern - Atletico, historia futbolu wyglądałaby zupełnie inaczej. Bayern nie wygrałby Pucharu Mistrzów w 1974 roku i nie zapoczątkował wspaniałej passy sukcesów, a reprezentacja Niemiec być może nie miałaby mentalności zwycięzców i nie wygrałaby złota na mundialu, który odbył się miesiąc później. Ale po kolei.

Atletico miało swoje problemy podczas drogi do finału w 1974 roku. Już w pierwszej rundzie potrzebowało dogrywki by wyrzucić za burtę Galatasaray, potem z trudem odprawiło z kwitkiem Dinamo Bukareszt i Crvenę Zvezdę Belgrad, by po golach w końcówce przeciwko Celtikowi Glasgow przesądzić o awansie do finału. Jednak w decydującym meczu przeciwko drużynie Bayernu podopieczni trenera Juana Carlosa Lorenzo dali prawdziwy popis futbolu i choć w ciągu 90 minut wynik brzmiał 0:0, to w 114 minucie strzał Luisa z rzutu wolnego wyprowadził ich na prowadzenie. Sześć minut później Schwarzenbeck, który strzelał bramkę raz w roku trafił do siatki i potrzebny był dodatkowy mecz. Tam już nie było miejsca na zrządzenie losu. Bayern wygrał 4:0 i rozpoczęła się niemiecka dominacja.

Bayern zrezygnował z gry o Puchar Interkontynentalny, więc zdecydowano, że to Atletico będzie reprezentować Europę w starciu o to trofeum. Rywalem Hiszpanów było Indepediente Buenos Aires i Los Colchoneros wyszli z tej rywalizacji zwycięsko. Na wyjeździe przegrali 0:1, ale u siebie zwyciężyli 2:0 i dzięki temu Atletico jest jedynym zespołem, który zdobył Puchar Interkontynentalny nie będąc nigdy najlepszym klubem w Europie.

Mistrzowie drugiego planu

W sezonie 2009/10 Atletico zagrało w Lidze Mistrzów, lecz trzecie miejsce w fazie grupowej oznaczało, że na pocieszenie zostanie im tylko Liga Europy, która odgrywa drugoplanową rolę w europejskich rozgrywkach klubowych. Tam Hiszpanie radzili sobie już znakomicie. Wyeliminowali bardzo silny Galatasaray Stambuł, potem po bardzo trudnym dwumeczu wyrzucili za burtę Sporting Lizbonę, remisując w obu spotkaniach. W ćwierćfinale Valencia też nie dała się pokonać, ale to Atletico cieszyło się z awansu do kolejnej rundy. Żeby rozstrzygnąć losy półfinału z Liverpoolem potrzebna była dogrywka, w której więcej szczęścia mieli Hiszpanie. W finale czekał już kolejny zespół z Anglii - Fulham. Po golu Forlana Atletico prowadziło, lecz kilka chwil później wyrównał Simon Davies. W dogrywce szczęście po raz kolejny dopisało madrytczykom i po celnym strzale Forlana na cztery minuty przed upływem 120 minut wybuchła euforia radości.

Dwa lata później Atletico już od początku grało w Lidze Europy i po wyprzedzeniu w fazie grupowej takich ekip jak Udinese, Celtic czy Rennes zaczęli wielki marsz do finału. W 1/16 madrytczycy udowodnili swoją wyższość nad Lazio Rzym, potem gładko rozprawili się z Besiktasem Stambuł, następnie wyeliminowali Hannover 96, a w półfinale uporali się z Valncią. Finał był wewnętrzną sprawą Hiszpanii, na przeciwko Atletico stanęła drużyna Athletiku Bilbao. Rojiblancos okazali się ekipą lepszą, wygrywając pewnie 3:0 i dopisując kolejne trofeum do swojej kolekcji.

Historia tworzy się dziś

Wszystkie te dokonania zbledną, jeśli podopieczni Diego Simeone zwyciężą w dzisiejszym spotkaniu z Realem Madryt. Atletico ma spore szanse, bowiem w poprzednich edycjach zazwyczaj wychodziło zwycięsko ze starć z hiszpańskimi klubami. Wyjątkiem był mecz z Realem, ale przecież przy dzisiejszych przepisach to Rojiblancos awansowaliby do finału. Dziś wieczorem możemy być świadkiem narodzin wielkiego Atletico i nie chodzi tu o siłę zespołu, tylko o to jak ten zespół za kilka lat oceni historia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie