Droga do Lizbony: Królewski wieczór i biała noc w Lizbonie (9) (MEGAGALERIA)

Jakub Seweryn
Finał Ligi Mistrzów, Real Madryt - Atletico 4:1 KS
To był mecz godny Ligi Mistrzów, z dramaturgią, wieloma bramkami, emocjami, a także pięknym zwycięstwem jednych i wielkim dramatem pokonanych. Finałowe 'derby Madrytu' na pewno nie zawiodły, choć w sumie niewiele do tego brakowało. Ostatecznie, cały wieczór należał do Los Blancos, którzy do rana w liczbie kilkudziesięciu tysięcy świętowali spełnienie swojego wielkiego marzenia, jakim była La Decima.

Czy scenariusz zdobycia La Decimy mógł być piękniejszy?

Osobiście, nie sądzę. Jeśli ta wygrana miała przejść do historii wielkiego klubu, jakim jest Real Madryt, musiała być w jakiś sposób niezwykła. Że tak się stało – tego nikt nie może zaprzeczyć. Do ostatnich sekund wszystko bowiem wskazywało na to, że w stu procentach wypełni się scenariusz Diego Simeone. Atletico praktycznie przez 90 minut kontrolowało boiskowe poczynania, zdobywając przy okazji bramkę po stałym fragmencie gry – wszystko odbywało się tak, jak by sobie tego właśnie zażyczył argentyński szkoleniowiec. Pomimo momentami huraganowych ataków Królewskich, niewiele wskazywało na to, że uda im się jednak doprowadzić rzutem na taśmę do wyrównania, bo przez regulaminowy czas gry ledwie dwukrotnie udało im się wymanewrować defensywę Los Colchoneros, gdy w dobrych sytuacjach znajdował się wyjątkowo słabo dysponowany (ale ostatecznie jakże szczęśliwy) tego dnia Gareth Bale.

O sekundy od zostania zdecydowanie największym bohaterem mijającego sezonu był urugwajski stoper Atleti, Diego Godin, który po bramce na wagę tytułu mistrza Hiszpanii na Camp Nou, teraz był niezwykle bliski zapewnienia swojemu zespołowi wiecznej chwały również w Europie. Ostatecznie jednak to miano przypadnie Sergio Ramosowi. Nie da się nie porównywać trafienia Hiszpana z bramką Andresa Iniesty na Stamford Bridge przeciwko Chelsea. Scenariusz, dramat obu widowisk, a nawet końcowe rozstrzygnięcie okazało się bowiem niemal identyczne. Tak jak Katalończycy mają do dziś swoje ‘Iniestazo’, tak teraz Los Blancos otrzymali własne ‘Ramosazo’. Mówiąc o bohaterach sobotniego finału nie można również zapomnieć o znakomitym Angelu Di Marii, na którego barkach tego dnia spoczywała niemalże cała odpowiedzialność za ofensywę Królewskich. To właśnie on najczęściej starał się rozrywać defensywę Atletico, ‘zdobywał’ kolejne żółte kartki dla nieumiejących powstrzymać go rywali, aż wreszcie spektakularną akcją indywidualną podarował ‘zwycięskie’ trafienie Garethowi Bale’owi. W jego wyborze na MVP całego spotkania nie ma ani odrobiny przesady, a kto wie, czy to nie właśnie Di Maria, który do Realu trafił właśnie z Estadio da Luz, będzie przy nie najwyższej formie Leo Messiego liderem reprezentacji Argentyny na mundialu.

Droga do Lizbony: Hiszpańska fiesta w stolicy Portugalii... z kibicami Bayernu i Chelsea (8)

Początek końca Atletico? Kontuzja Filipe Luisa

Owszem, Atletico było o dwie minuty od zdobycia swojego pierwszego w historii Pucharu Europy, jednak po bramce Ramosa stało się praktycznie jasne, że jeśli ktoś zdoła wygrać to spotkanie przed rzutami karnymi, to będzie to Real. Piłkarze Diego Simeone przez 90 minut dali z siebie maksa i po wyrównującym trafieniu nie byli w stanie się już podnieść zarówno psychicznie, jak i fizycznie. W dogrywce grającym przez cały sezon praktycznie niezmienioną jedenastką mistrzom Hiszpanii zabrakło już po prostu benzyny.

Kłopoty Atletico zaczęły się jednak wtedy, gdy zepchnięta do defensywy drużyna z Estadio Vicente Calderon straciła jednego z czwórki swoich asów z defensywy, Filipe Luisa. Brazylijczyk z polskimi korzeniami na kilka minut przed końcem regulaminowego czasu gry nie był już w stanie kontynuować gry i kto wie, czy to właśnie nie to zaważyło na ostatecznym zwycięstwie Realu Madryt, bo do tej pory nie było żadnych znaków na niebie i ziemi, że Realowi uda się doprowadzić do wyrównania. Nie chodzi jednak o to, że jego zmiennik, Toby Alderweireld nie nadaje się do gry na takim poziomie. Absolutnie, Belg na pewno nie jest winowajcą sobotniej porażki swojego zespołu. Defensywa Atletico traci jednak niezwykle dużo na własnej pewności, o czym wspominałem w poprzednim wpisie na blogu. Los Colchoneros, grając z czwórką Filipe Luis – Godin – Miranda – Juanfran, nie przegrali w tym sezonie ani jednego spotkania (bilans 25-8-0) i dlatego też jestem przekonany, że i tym razem byłoby podobnie.

Sygnał BBC wrócił dopiero w dogrywce

Mimo ostatecznego zwycięstwa Królewskich, to właśnie w tej drużynie można było znaleźć zdecydowanie więcej piłkarzy, od których spodziewano się zdecydowanie więcej. Zawiódł doświadczony Iker Casillas, zawiódł zastępujący Xabiego Alonso Sami Khedira i to na pewno nie był też mecz wielkiej trójki ofensywnej Realu Madryt. Można spokojnie stwierdzić, że Karim Benzema, który ostatecznie wygrał wyścig z czasem i zdołał wyleczyć się na finał, swojej drużynie tylko w ten sposób zaszkodził. Aż dziwne, że Carlo Ancelotti trzymał przez 80 minut Francuza, który powinien był podzielić los Diego Costy i opuścić plac gry jeszcze przed przerwą. Z wysokości trybun wyraźnie było widać, że wychowanek Olympique Lyon nie jest w pełni sił i przez to nie dawał swojej drużynie nic tak w ofensywie, jak i defensywie.

Na pozytywne zagrania wartych po sto milionów euro Garetha Bale'a i Cristiano Ronaldo trzeba było czekać aż do drugiej części dogrywki. Obaj, wraz z Ikerem Casillasem, powinni postawić Sergio Ramosowi dobrą butelkę wina, bo gdyby nie bramka niezawodnego w decydujących meczach Champions League stopera, Walijczyk i Portugalczyk przez najbliższe pół roku nie mieliby życia na Santiago Bernabeu. Obaj zawiedli najbardziej, ale tego dnia mieli ostatecznie niesamowicie dużo szczęścia. Gdyby nie Ramos i duże szczęście do odbitej piłki po strzale Di Marii w dodatkowym czasie gry, Bale’owi zapamiętanoby dwie zmarnowane w kiepskim stylu setki i z pewnością ponownie wróciłyby dowcipy o ‘drewnie za sto milionów’. W przypadku Ronaldo stawka jest jeszcze większa, bo dzięki sobotniemu zwycięstwu Portugalczyk zapewnił sobie praktycznie kolejne zwycięstwo w plebiscycie Złotej Piłki, które odebrać mu może tylko kapitalny występ któregoś z rywali w mistrzostwach świata. Co więcej, CR7 zdobył dzięki temu historyczną La Decimę we własnej stolicy, w której do tej pory pamiętano jego łzy po przegranym finale Euro 2004, gdzie lepsza od gospodarzy okazała się Grecja.

Przegrywać i wygrywać też trzeba umieć

Po zakończeniu spotkania, oprócz radości zwycięzców, niezwykle urzekającą sceną było zachowanie kibiców Atletico, którzy po sugestii Diego Simeone tuż po bramce Marcelo na 1:3, pożegnali swoją drużynę w sposób absolutnie niesamowity. 20 tysięcy Los Colchoneros zaśpiewało z końcowym gwizdkiem swój hymn w taki sposób, że całkowicie zagłuszyli świętujących Madridistas, po czym wielką owacją pożegnali swoich niezwykle walecznych ulubieńców. Pomimo sobotniej porażki, fani z Vicente Calderon nie zapomnieli o tym, że właśnie zakończony sezon był dla Atletico spektakularny. Przed jego rozpoczęciem bowiem, każdy, kto sądziłby, że ekipa Simeone zdobędzie mistrzostwo Hiszpanii i znajdzie się w finale Ligi Mistrzów, zostałby błyskawicznie wysłany na konsultację psychiatryczną.

Na drugim biegunie znaleźli się bowiem Raphael Varane oraz Cristiano Ronaldo, których zachowanie w samej końcówce jest niezwykle trudne do zrozumienia. Młody francuski stoper już przy stanie 4:1 w pogardliwy sposób odkopnął piłkę w stronę ławki rezerwowych Atletico, czym wyprowadził z równowagi Diego Simeone. CR7 z kolei, zwyczajnie mówiąc, wygłupił się tuż po strzeleniu przez siebie gola ustalającego wynik spotkania. Nikt bowiem nie miał wątpliwości, że już przy rezultacie 3:1 mecz był rozstrzygnięty. Tymczasem rozgrywający bardzo przeciętne spotkanie Portugalczyk po zdobyciu bramki z rzutu karnego zupełnie oszalał ze szczęścia, jakby właśnie zapewniał swojej drużynie zwycięstwo. Można było odnieść wrażenie, że Cristiano najzwyczajniej w świecie nie potrafiłby do końca cieszyć się z tak wyczekiwanego przez całe madridismo zwycięstwa, gdyby sam nie wpisał się w tym spotkaniu na listę strzelców.

Obie sytuacje budzą drobny niesmak w pięknym triumfie Królewskich na Estadio da Luz, choć za kilka tygodni kto to będzie pamiętał? Real Madryt ponownie jest wielki, największy w Europie. Los Blancos, po dwunastu latach posuchy, ponownie są na szczycie. Europa es blanca!

Śledź "Drogę do Lizbony" Kuby Seweryna - blog z finału Ligi Mistrzów Ekstraklasa.net

Czytaj więcej o finale Ligi Mistrzów.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie